poniedziałek, 3 grudnia 2012


Tęsknię do rozbrzmiewających śmiechem wieczorów przy toskańskim stole, do nagrzanego,  drzewnego pieca. Odtwarzam w pamięci najdrobniejsze detale, smaki, zapachy i dźwięki, pielęgnuję każde wspomnienie, każdą jedną chwilę najmniejszą...


Kiedy piec się nagrzewa jest czas na krótką sjestę:)

Kiedyś w pewien lipcowy dzień odwiedzili nas Cristina i Massimo ze swoimi dziećmi. Zapowiedzieli się na degustację naszej pizzy. Przez kilka godzin dorzucaliśmy do pieca, aby nabrał odpowiedniej temperatury, ciasto czekało już uformowane w zgrabne kuleczki, ponadto mozzarella, sos pomidorowy, pieczarki, prosciutto, pancetta, rukola, radicchio, salami piccante, grilowane warzywa i oliwki.  Od 18.00 siedzieliśmy przed domem w pełnej gotowości i oczekiwaliśmy naszych gości. Czas mijał... a przyjaciół nie było. 
- O której się z nimi umówiłeś? - zapytałam Mario.
- Wieczorem - padła lapidarna odpowiedź.
- A precyzyjniej? 
- Wieczorem to wieczorem. 
No tak ... jestem we Włoszech, wyluzuj - powtarzałam w myślach sama sobie. 

 

Goście w końcu się zjawili. Po zwiedzaniu naszego azylu, po wszystkich ochach i achach, bo muszę przyznać, że nawet Włosi, którzy zaglądają do nas pierwszy raz nie ustają w zachwytach, towarzystwo ruszyło na pole rozegrać mecz towarzyski a tym samym zaostrzyć apetyty przed kolacją. Potem aperitif, żarty, rozmowy, zaglądanie Mario przez ramię, składanie zamówień - każda pizza skomponowana była wedle życzenia. I tu spotkało mnie zaskoczenie! Czy znacie Włocha, który nie lubi sera? Ale nie lubi naprawdę! Nawet nie można spróbować jego pizzy używając przy tym sztućców, które miały styczność z serem? 

Eccola!!

Otóż Massimo jest właśnie takim fenomenem, kilka razy podkreślał, że dla niego pizza ma być BEZ sera. Ponoć wiele lat temu kiedy Mario zawodowo robił pizzę, do lokalu przyszedł Massimo z rodziną i o taką właśnie pizzę bez sera poprosił, podkreślając to kilka razy. Oczywiście nasz Mario Avario wszystko pokręcił i podał mu klasyczną wersję, sytuacja przeszła już do historii i jest opowiadana jako anegdotka przy stole. Tym razem wszyscy na szczęście dostali to, co zamawiali. Pizza była genialna, najlepsza jaką w życiu jadłam, choć jak już kiedyś pisałam nie jest to mój przysmak. Wieczór był fantastyczny, nikomu nie chciało się wstawać od stołu, żartom i śmiechom nie było końca  




Była już prawie noc kiedy goście odjechali, posprzątaliśmy po kolacji, usiedliśmy na naszych schodach przyjemnie zmęczeni, słychać było tylko baraszkujące w cantinie ghiri i pohukujące blisko sowy a od pola płynął słodki i odurzający zapach mięty...

Słówko na dziś to AMICI - to znaczy PRZYJACIELE...


2 komentarze:

  1. powinnaś otworzyć jeszcze drugi blog: wyłącznie włosko-kulinarny. I napisać taką książkę. Zawsze po Twoich postach jestem pieruńsko głodna!

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślałam o tym, ale chyba takich blogów jest niestety sporo:)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj