piątek, 7 grudnia 2012

Ten post jest odpowiedzią na specjalną prośbę o wyjaśnienie jak to z tymi domami było, bo może rzeczywiście nie wszystko jasno wynika z tego co pisałam. Dom, w którym mieszkamy obecnie czyli Casaluccio, to nasz przystanek przed całkowitym osiedleniem się w Italii, jesteśmy tam tak często jak to tylko możliwe. O jego położeniu już pisałam nie raz, że to prawdziwy koniec świata i w tym między innymi tkwi jego piękno. Jednak jeśli chcemy przenieść się na stałe nie mogę być egoistką i skazać dzieci na taką samotnię. 

Mieliśmy wybrany już dom, w tym samym miasteczku, ale znacznie bliżej cywilizacji, ten, o którym tu wielokrotnie pisałam, od jego zdjęcia zaczyna się ten blog, i który do przedwczoraj widniał na bloga wizytówce. Był kwintesencją tego, czego szukaliśmy, niestety w zbyt kiepskim stanie, żeby go wynająć zamiast Casaluccio i potraktować to jako "zaklepanie" przed zakupem, wstępne związanie się jakąś umową. Nie miał nawet ogrzewania, dach był do naprawy, to byłoby zbyt trudne i kosztowne. Czekaliśmy więc na odpowiedni moment, ciesząc się w międzyczasie życiem w Casaluccio ale wzdychając nieustannie do tamtego domu, snując plany, marzenia... Niestety stało się, jak się stało, nasze marzenie przeszło w inne ręce. Takie życie. Nam wciąż na tym etapie pozostaje Casaluccio, tam zostaniemy jeszcze przez jakiś czas, a potem hmm... któż to wie. Może koło mojego domu przejeżdżam często, a może ukrył się za jakimś wzgórzem, czas pokaże. A może będzie sto razy piękniejszy, może uda mi się znaleźć posiadłość jak ta gdzie mieszka Antonella albo Giorgio... 


I tak sobie myślę, że o posiadłości Giorgio, nigdy nie wspominałam, a to miejsce absolutnie wyjątkowe i nieprawdopodobne. Kiedy tam trafiliśmy, pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy - gdzie taki ktoś musi pojechać na wakacje, żeby być oczarowanym??? To był marzec, zatrzymaliśmy się przy jednym z gajów kasztanowych, które rosną wzdłuż cavallary (podrzędnej drogi myśliwych i rolników). Podłoże było świeżo uprzątnięte, odsłaniając pierwszą, soczystą zieleń, wspinaliśmy się w górę i w górę, ciekawi co kryje się na szczycie, jaki widok się stamtąd roztacza. Pamiętam podekscytowanie rosnące wraz z każdym pokonywanym metrem. Jednak to co zobaczyłam, przerosło moje wyobrażenia. 







Przed nami rozciągała się gigantyczna łąka, a pośrodku niej stał kilkusetletni dom z kamienia, wraz z gospodarczymi przybudówkami i z wybiegiem dla koni. Odebrało nam mowę. Na powitanie wyszedł Giorgio, uprzedzony o nadchodzących gościach, przez szczekanie ogromnego psa. Wydawało mi się to tak bardzo niesprawiedliwe, że ktoś budzi się rano, wychodzi przed dom i cieszy oczy widokami jak na zdjęciu, a ja co? Szara ulica, szare domy, dobrze, że choć kasztan przed domem się ostał. 

 

Spacerowaliśmy po wzgórzu do zachodu słońca, Giorgio raczył nas opowieściami o swoim życiu, o widocznych szczytach, lasach, meteorytach i znów stałam jak zaczarowana nie wiem przez co bardziej - przez to co widziałam, czy przez to, co mówił nowo poznany znajomy.        

 

Tak mi się dziś przypomniał tamten wieczór, kiedy myślałam o "moim" domu, może będzie równie niezwykły...

Czy teraz już jasne Pani M.?:))) 

A słówko na dziś to PIETRA - CZYLI KAMIEŃ

2 komentarze:

  1. Dziękuję, już wszystko wiem. :)

    .... no może poza tym, kim jest Giorgio... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyjdzie czas i na to:) O tylu osobach jeszcze nie pisalam...:)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj