środa, 28 listopada 2012



Większość patrzy na nasze toskańskie podróże i myśli sobie - "ale wy macie życie - tak miło, sielankowo, bezstresowo!" O ile z miło, sielankowo się zgodzę, to z tym bezstresowo już raczej nie:) Przychodzą mi do głowy przygody związane z naszym samochodem, ale nie staczanie się w przepaść na górskiej drodze, a zdarzenia bardziej banalne. 

Luty 2011, autostrada w okolicach Wenecji

Paweł nadrabia czas na nowym odcinku autostrady omijającym Wenecję, droga szeroka jak pas startowy dla samolotów. Prędkość - hmm... :) 
- Kochanie jak już tak jadę niekoniecznie zgodnie z przepisami to zerknij czy masz dokumenty samochodu. - mówi Paweł (to jest czas kiedy ja przejmuję nasz samochód, bo Paweł dostaje służbowy, jednak nie mam jeszcze wyrobionych pewnych nawyków kierowcy. Przewracam z oburzeniem oczami: 
- oczywiście, że mam!!!
- to wyjmij je - nalega mój mąż
Sięgam do torby, wyciągam portfel, w którym zawsze je noszę, otwieram go i ... ręce zaczynają mi się trząść, serce wali jak oszalałe, czuję pulsowanie w uszach - O Boże! nie mam:(!!!
- Co???? Jak nie masz? - (tu padają inwektywy - zrozumiałe i usprawiedliwione, sama mam ochotę wystawić głowę za okno i zasunąć szybę:( Idiotka! Nie mam dowodu rejestracyjnego, ubezpieczenia, czyli nie mam nic, zwykła kontrola drogowa i ściągają nam samochód na policyjny parking. Jakie szczęście, że do Lutirano mieliśmy JEDYNIE 250km, gdybyśmy zorientowali się koło Wiednia i tak za późno byłoby, żeby wracać, a do zrobienia mielibyśmy jeszcze połowę drogi w pełnym stresie. Na samo wspomnienie tamtego momentu wciąż dostaję gęsiej skórki, pamiętam ulgę, którą poczuliśmy, gdy zatrzymaliśmy samochód przed domem. Dokumenty tymczasem leżały bezpiecznie w mojej kurtce biegowej w warszawskiej szafie, zapomniałam włożyć je z powrotem do portfela po ostatnim joggingu, uświadomiłam to sobie natychmiast, jak tylko zorientowałam się, że w portfelu ich nie ma. Szczęście w nieszczęściu, że klucze do warszawskiego mieszkania zawsze zostawiam mamie, tak więc dokumenty dotarły do nas pocztą tydzień po naszym przyjeździe do Włoch i mogliśmy spokojnie wracać do domu... przynajmniej jeśli chodzi o dokumenty, bo niestety powrót spokojny nie był. 

 


Luty 2011, powrót z ferii, autostrada za Wiedniem w kierunku Mikulowa.
Samochód robi dwie "żabki", jakby nim kierował świeży kierowca, nawet nie zwracam na to uwagi, bawię się z dziećmi, potem znowu, więc i do mnie dociera, że coś jest nie w porządku. Za chwilę zaczynają się odłączać i blokować wszelkie systemy, komputer wyświetla kolejne komunikaty. Mamy wrażenie, że oszalał. Bieg blokuje się na 6 (mamy automatyczną skrzynię biegów), mimo prób Pawła po przerzuceniu na ręczny system nic się nie zmienia, jedziemy na szóstce. Problem w tym, że autostrada się kończy i zaraz pierwsze miasteczko z sygnalizacją, co jeśli zatrzymamy samochód? Oczywiście - czerwone, zatrzymujemy się. Na szczęście samochód rusza dalej  ale bieg przeskakuje na trójkę i dalej jest zablokowany. Samochód traci moc, co jest dość kłopotliwe bo zaczynają się pagórki. Myślimy sobie - oby do Czech, tam to prawie jak w domu. Z duszą na ramieniu, licząc każdy mijany kilometr docieramy do Mikulowa i decydujemy zgasić silnik, w nadziei, że po chwilowym odpoczynku komputer odzyska "równowagę". Zatrzymujemy się pod hotelem, na wypadek, żeby w razie czego nie nosić daleko walizek, gdyby jednak ponownie nie odpalił. Po pięciu minutach Paweł znów przekręca kluczyk w stacyjce, patrzymy z wyczekiwaniem co się wyświetli. A tu niespodzianka! Nic nie ma biegi, działają jak wcześniej, ostrzegawczy trójkąt zgasł, co za ulga!!! Wyjeżdżamy na drogę, ale po niespełna pięciu minutach zapala się czerwony trójkąt, nie działa anty - to i anty - tamto, bieg znów zablokowany na trójce. Jesteśmy zdesperowani, toczymy się do przodu - toczymy w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo samochód traci moc. Na rozjeździe w Brnie, kiedy droga pnie się ciut pod górkę, mam wrażenie, że w ogóle nie daje już rady, Paweł w rozpaczy wyłącza silnik i od razu ponownie go uruchamia, w nadziei że choć szarpnie raz porządnie i przetoczy się przez wzniesienie. Co za męka, odliczamy kilometry do granicy - bo wiadomo w Polsce zawsze lepiej, zawsze to u siebie. Kiedy mijamy Cieszyn, jesteśmy wniebowzięci i bijemy się z myślami, co robić. Zostawić samochód na parkingu w jakimś serwisie czy próbować dotrzeć nim mimo wszystko do Warszawy. Decydujemy się na to drugie. Około godziny 3.00 w nocy podjeżdżamy pod nasz warszawski blok. Jesteśmy wykończeni pokonaliśmy 750 km jadąc maksymalnie 80km/h, koszmar, ale wciąż nie wierzę, że nam się udało. W ten sposób nauczyliśmy się co to jest tryb awaryjny:)




Było jeszcze kilka pomniejszych problemów z samochodem, ale tamten raz w lutym zestresował nas najbardziej.  A słówko na dziś to MACCHINA - czyli SAMOCHÓD   :)
        

2 komentarze:

  1. Calkiem milo tutaj, więc będę tu czasem wpadać. Pozdrawiam z magicznej Umbrii.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj