środa, 7 listopada 2012


Trochę retrospekcji... 
Rodzina Camuranich osiedliła się na skraju miasteczka. Należą do nich ogromne połacie ziemi, lasy, góry, rzeka, pola, sprzedają drzewo, mięso, hodują krowy, sami produkują wędlinę i sery. 
W sierpniu 2010 roku wynajęliśmy od nich dom. Kiedy jechałam oglądać go po raz pierwszy, wydawało mi się, że to już koniec świata. Jednak kiedy dotarliśmy na miejsce, poczułam się jak u siebie. Dom był piękny, z kamienia, bardzo stary, niezbyt duży ale dla nas wystarczający. Miał salon z ogromnym kominkiem, małą (niestety) kuchnię, sporą łazienkę i dwie sypialnie. Przy domu było osobne pomieszczenie z piecem do wypieku pizzy czy chleba oraz duża sala do biesiadowania, już oczami wyobraźni widziałam gości zgromadzonych przy długim na ponad trzy metry stole. Mimo tego, że od razu, spontanicznie zdecydowaliśmy się ten dom wynająć, byłam pełna wątpliwości. 


Położony był na bezludziu, nie funkcjonował tam nawet telefon. Jednak już przy drugiej bytności te moje wątpliwości rozwiały się niemal całkowicie. Siedzieliśmy wszyscy na ustawionych przed domem krzesłach i dyskutowaliśmy o "za i przeciw". To co wcześniej zdawało się być wadą, w ostatecznym rozrachunku okazało się zaletą tego miejsca. Nie było możliwości, by ktoś zajechał tu przypadkiem, mógł trafić się jedynie zabłąkany turysta w drodze na Gamognę lub samotny myśliwy w sezonie polowań, ale i to mało prawdopodobne. Po trzeciej wizycie byłam w stu procentach przekonana, że to moje miejsce i nie będzie przesadą mówiąc, że zdążyłam się zakochać. Nello mówił: - Jeśli szukasz świętego spokoju, tu znajdziesz go pod dostatkiem. Chodziłam po domu z jego żoną, otwierałyśmy wszystkie szafki i szuflady, a ona donośnym głosem wykrzykiwała: - C'è quasi tutto! Quasi tutto (jest prawie wszystko). I rzeczywiście, kuchnia w tym małym, kamiennym domku była lepiej wyposażona niż moja warszawska. Już w myślach segregowałam rzeczy w Polsce do przewiezienia tutaj. Chciałam stworzyć nasz pierwszy toskański azyl, urządzić go tak, aby, gdy najdzie nas ochota na chwilową ucieczkę, móc wsiąść w samochód lub samolot bez myślenia nawet o bagażach i pakowaniu walizek. Zaczęliśmy planować zakupy: basen, leżaki, hamak, wszystko co niezbędne do toskańskiego "dolce far niente". Potem spacerowaliśmy z Nello i wybieraliśmy miejsce na ogródek, już czułam zapach ziół i pomidorów...



Minęły dwa lata... Casaluccio wciąż jest naszym azylem, mam nadzieję, że to ostatni przystanek  przed realizacją mojego największego marzenia, nie wiem ile jeszcze będziemy czekać, to nie jest ważne, mam w sobie dużo pokory i cierpliwości... Wiem, że pewnego dnia przez drzwi z fotografii poniżej wniosę walizki i zostanę tam na zawsze... 

1 komentarz:

  1. niewielu udzi znajduje swój raj na ziemi. Super, że Tobie się udało...

    OdpowiedzUsuń

Drukuj