sobota, 24 listopada 2012


Toskańczycy znani są z niesamowitego poczucia humoru, żartują ze wszystkiego i wszystkich, z samych siebie też, nie ma świętości, nikomu się nie upiecze! Pisząc ten post uśmiecham się na samo wspomnienie niektórych momentów, kiedy szczęki prawie wyskakiwały nam z zawiasów. Śmiech jest wszechobecny, nawet teraz kiedy w Italii gorzej się wszystkim wiedzie, ludzie są rozgoryczeni, to starają się jednak, mimo wszystko, nie tracić radosnego podejścia do życia i żartować, kiedy łzy cisną się do oczu a na usta przekleństwa. 


W zamiłowaniu do żartów jesteśmy z Pawłem podobni do Włochów, a że najbliżej jest Mario to zwykle on pada ich ofiarą. Na przykład taki drobiazg: kawa po jedzeniu to dla Mario święta rzecz, w Casaluccio pojemniki na sól i cukier są bardzo podobne, różnią się tylko trochę kolorami, czego nasz przyjaciel nie mógł zapamiętać. Zawsze ostrzegaliśmy go, że kiedyś wytniemy mu numer. Oczywiście podstępny zamiar zrealizowaliśmy, przesypaliśmy sól i cukier w zamienione pojemniki i zostawiliśmy na właściwych miejscach. Mario usiadł przy stole ze swoją kawą, Paweł na przeciwko bezczelnie rejestrując zajście kamerą, że niby ogląda poprzednie nagrania, a ja wyszłam, bo nie mogłam się powstrzymać od śmiechu:))) Okropna jest posolona kawa, o czym Mario przekonał się na własnym języku i pluł jeszcze przez godzinę, zaśmiewając się przy tym razem z nami.

Jak to mówią? Starzy a głupi?

Ulubionym typem żartów, które robię sobie z Mario to udawanie, że czegoś nie rozumiem, wtedy on przez 5 minut tłumaczy mi, wysila się, szuka nowych słów, porównań, po czym w końcu dostrzega kpiącą iskrę w moim spojrzeniu i pyta: - mi prendi in giro, vero? (wkręcasz mnie, prawda?). Mała rzecz a tyle przy tym śmiechu i łobuzerskiej radości. 

Kiedyś w drodze do Urbino zatrzymaliśmy się w jakimś miejscu - na przełęczy czy innym szczycie  im. Garibaldiego i natychmiast żart zrodził mi się w głowie, puściłam oko do Pawła i zapytałam całkiem poważnie Mario: 
- kto to był Garibaldi? 
Popatrzył nam mnie szeroko otwartymi oczami, nie dowierzał - Jak to tak? Ty taka "italofilka" nie wiesz kto to był Garibaldi???? - był niemal oburzony -  a więc w ogóle nie znasz historii Włoch!! - I zaczął natychmiast moralizatorskim tonem wygłaszać monolog. Długo w powadze jednak nie wytrzymałam, po chwili śmieliśmy się wszyscy, a Mario kiwał głową z dezaprobatą dla swojej łatwowierności.

Jednak pewnego razu i na mnie przyszła pora, Mario przy udziale Pawła odwdzięczył mi się z nawiązką za strojenie sobie z niego żartów.  Był upalny lipcowy dzień, męska część mojego raju pojechała po zakupy do Felice, zostałam sama i cieszyłam się krótką wolnością, ale chwila ta oczywiście szybko minęła, chłopcy wrócili i trzeba było rozładować zakupy z bagażnika. Zaczęliśmy kursować na zmianę z kartonami z zaopatrzeniem, po czym wszyscy rozłożyliśmy się w naszym hamakowym zakątku. Powietrze było wilgotne po nocnych opadach deszczu. 
- Ale parno - powiedział Mario - przy takiej pogodzie szybciutko dojrzewają melony, one lubią dużo wody.
- Masz rację - potwierdziłam leniwie, po czym podszedł Tomuś i zaczął ciągnąć mnie do ogródka, żeby zobaczyć jak tam nasza plantacja. 
- Chodź mamusiu zobaczymy czy urosły melony. 
Z niechęcią wygrzebałam się z mojego legowiska i poszłam za Tomkiem. Podeszłam do miejsca gdzie ziemia zarośnięta była melonowym pnączem i ....ach!!!! - Chodźcie!! chodźcie!! - krzyczałam - musicie to zobaczyć!!! Ale urósł przez noc!!! - wołałam chłopaków, żeby razem ze mną mogli podziwiać dorodny okaz, o średnicy na oko jakieś 20 cm!! Schyliłam się żeby wyciągnąć go spomiędzy liści i oderwać od łodygi .... od łodygi, do której wcale nie był przyrośnięty!!!! Te dwa diabły w zmowie z dziećmi podrzuciły mi dojrzałego, okazałego melona do mojego ogródka, położyli go wśród innych, ciut większych od piłek tenisowych i czekali na to, aż zrobię z siebie idiotkę, co to myśli, że melony podczas jednej nocy rosną jakby były na drożdżach:) Złapałam melona pod pachę i ruszyłam w pogoń za starymi zgrywusami. Nie byłam przy tym rączą gazelą, bo nogi plątały mi się ze śmiechu.  

Kontrola przyrostu melonów:)
Niestety większość zdjęć, które nadawałyby się do tego posta, nie przeszła mojej prywatnej cenzury. Nie wszystko można opublikować na blogu:) Niektóre z naszych wygłupów były naprawdę szalone, żeby nie powiedzieć idiotyczne:) Ale co robić? ... poczęstuję Was kolejnym truizmem - RAZ SIĘ ŻYJE:)



Żarty stroimy sobie każdego dnia, staramy się śmiać nawet wtedy, kiedy nie jest nam do śmiechu, bo co innego nam pozostało?:)


 
Słówko dzisiejsze nie mogło być inne: RIDERE - ŚMIAĆ SIĘ:)))

1 komentarz:

  1. ...dostarczyłaś mi mnóstwo uśmiechu tym postem. A właśnie tego mi trzeba było! :)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj