sobota, 17 listopada 2012


Moje dzieci coraz częściej, mówiąc kolokwialnie, rozkładają mnie na łopatki swoimi przemyśleniami. Już pisałam o mikołajkowym "liptonie" a jeszcze taka sytuacja z wczoraj: siedzimy z Tomaszkiem w domu, ja z nosem jak renifer Rudof, on z zapaleniem gardła. To już trzeci dzień kanapowy, więc zaczynam odzyskiwać formę i wznawiam z zapałem treningi z Mel B. Do lata zostało tylko kilka miesięcy, a w moim wieku, prawa fizyki działają jakoś bardziej namacalnie:) Tomuś otoczony kredkami i papierami rysuje przy stole, ale co jakiś czas zerka na moje wygibasy. Kiedy razem z Mel wykrzykuję ostatnie odliczanie "four, three, two, oneeeee" i w końcu padam bez sił na dywan, pyta:
- i jak spociłaś się?
- pot zalewa mi oczy, nie widać? - odpowiadam, z trudem łapiąc oddech. 
Co Tomuś kwituje: - no to przynajmniej teraz czujesz się jak we Włoszech:) (odniesienie do tegorocznych ekstremalnych upałów:)




Rzeczywiście lato w tym roku rozpieszczało nas gorącem, pierwszy raz odkąd przyjeżdżamy do Toskanii, nie było klasycznego załamania pogody, z zimnym wiatrem, z ulewami. Może dwa dni pogoda nieśmiało kaprysiła, ale generalnie lato było cudowne! Kiedy dziś patrzę przez okno, na szarą, warszawską ulicę spowitą mgłą, to aż mnie w gardle ściska z żalu, z tęsknoty za latem minionym.  Pamiętam noce duszne, poranki upalne, południa skwierczące i jaszczurki na kamieniach i cykady i niestety nie wystarczy spocić się przy porannej gimnastyce by stworzyć iluzję ukochanego toskańskiego ciepła... 
Słówko na sobotę - ESTATE - czyli LATO:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj