czwartek, 15 listopada 2012



Jeszcze jedno wspomnienie z południa Włoch...

Styczeń 2012

Drugiego dnia naszych styczniowych, puglieskich wakacji postanowiliśmy odwiedzić Zoo safari w Fasano, niestety jak się okazało park w tym okresie był zamknięty. Aby wynagrodzić dzieciom zawiedzione nadzieje pojechaliśmy na plażę, chwila nad morzem jest dobra na wszystko. Wcześniej zaopatrzyliśmy się w drobne przekąski, bo w bagażniku mieliśmy jedynie wielką siatkę fistaszków i kilka kilo bananów, które były przeznaczone dla zwierząt. 





Zatrzymaliśmy się na dzikiej plaży za Monopoli, na szybko rozpaliliśmy ognisko, właściwie jego konstrukcja przypominała bardziej prowizoryczny piecyk, zimno wiejące od morza dawało się mocno we znaki. Dzieci natychmiast zorganizowały sobie zabawę, szukały skarbów w tym co wyrzuciło zimowe morze i przekopywały zmarznięte wydmy. My podjadaliśmy regionalne łakocie i robiliśmy zdjęcia. Tak sobie myślę, że gdyby ktoś z boku na nas popatrzył - pomyślałby sobie - ale nudaaa! A my się przecież nigdy nie nudzimy, nawet takim banalnym momentom towarzyszy zawsze masa śmiechu i spontan. No właśnie .... spontan i improwizacja!



Na koniec naszego "pikniku" wsiedliśmy do samochodu i zrobiliśmy rajd po plaży rozbryzgując wodę do samego nieba. Wystawiłam głowę za okno i czułam się jak bohaterka „Czułych słówek”. „Zawsze to chciałem zrobić” - powiedział Paweł i cały uradowany oglądał w aparacie efektowne ujęcia ze swego popisu. (Dopiero później ktoś nas uświadomił, że ta zabawa mogła się niemiło skończyć dla naszego samochodu. Jak dobrze żyć czasem w nieświadomości! Choć niewykluczone, że awaria, która miała miejsce kilka miesięcy później była następstwem tego szaleństwa.)

 


Po pikniku wróciliśmy do Polignano, zatrzymaliśmy się aby „pozdrowić” Domenico Modugno i zrobić kultowe zdjęcia, potem jeszcze przystanek na klifach, ale wiało tak mocno, że po kilku minutach uciekliśmy do naszego mieszkanka. W przytulnych wnętrzach szybko się rozgrzaliśmy, jeszcze przed wieczorem zaświtała nam szalona myśl - „a może by tak na lody?”. Znów ten spontan! Po pewnym czasie siedzieliśmy w prawdziwej gelaterii i śmialiśmy się sami z siebie - jakby nam było mało chłodu, to jeszcze lody! Wracając do domu całkiem przypadkiem trafiliśmy do prawdziwej nadmorskiej pescherii i cuda tam były prawdziwe - dorady, karmazyny, węgorze, ośmiornice i cozze i krewetki aż nam się w głowach zakręciło, kupiliśmy to i owo i ślinka nam ciekła na myśl o kolacji. Ruszyliśmy dalej, bo teraz do ryb brakowało nam warzyw, cytryn i ziół. W poszukiwaniu wszelkich dodatków błądziliśmy ulicami Polignano i odkrywaliśmy coraz ciekawsze sklepy.





 

Kiedy byłam mała tak wyobrażałam sobie Włochy: jakiś plac południowego miasteczka a na tym placu czarniawi chłopcy grają w piłkę, i kiedy panowie wybierali sery, ja zamarłam z aparatem w ręku, bo oto mój dziecięcy sen jawił mi się jako żywy przed oczami. Stałam jak zaczarowana i udając, że fotografuję kościół w głębi, przez mój obiektyw obserwowałam chłopców ganiających za piłką, scena godna Tornatore.

dzisiejsze słówko to SPIAGGIA - czyli PLAŻA

2 komentarze:

  1. Ci "czarniawi chłopcy" nad wyraz przypominają Wasze dzieci. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahaha:) zdjęcia czarniawych chłopców wyszły kiepsko:) więc darowałam sobie wstawianie ich na bloga:)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj