czwartek, 29 listopada 2012

 I jeszcze jedna reminiscencja z zimowej Pugli... styczeń 2012
 
Piątek miał być dniem naszego wyjazdu, jednak pogoda była iście wiosenna, a nasz apartament jeszcze wolny, że zdecydowaliśmy się o ten jeden dzień przedłużyć nasz pobyt, z Polignano naprawdę ciężko się rozstać. Podczas gdy my byliśmy jeszcze niepozbierani Mario wyszedł na taras widokowy zaraz przy naszych schodach i zarzucił wędkę, bez sukcesów, niemniej cieszył się jak dziecko:) 

Śniadanie jedliśmy przy stoliczkach przed barem, taki styczeń mogłabym nawet pokochać! Właściciel opowiadał nam o sobie, rozwiewając nasze wątpliwości odnośnie swego pochodzenia. Nie był Irlandczykiem jak się mogło wydawać ale w jego żyłach być może płynęła krew wikingów, przybliżył nam historię tego miejsca, mówił o wędrówkach różnych ludów, o szlakach handlowych, a także uraczył nas kilkoma anegdotkami z życiorysu miejscowej gwiazdy, czyli słynnego Domenico. Opowiadał o podpiłowanym podeście, o nieprzyznawaniu się do swego pochodzenia - w tamtych czasach trendy było mówienie, że pochodzi się z Sycylii. Usłyszeliśmy też o dziejach jego pomnika, który stoi na placu, nad brzegiem morza, ale twarzą zwrócony jest w stronę miasta, jego marynarka jest podwiana, co oddaje klimat miasteczka często nawiedzanego przez morskie wiatry. To detale, na które pewnie nie zwróciłabym uwagi.
Po tym długim i leniwym śniadaniu pojechaliśmy do parku archeologicznego Egnazia, coś w sam raz dla naszych małych odkrywców. Można tam zobaczyć fundamenty starożytnego miasta, z zachowaniem linii ulic i poszczególnych budowli oraz równie wiekowy cmentarz. 
Potem za radą właścicieli zatrzymaliśmy się na obiad  w portowej trattorii w maleńkim miasteczku Savelletri, typowa nadmorska mieścina, mimo, że w uśpieniu zimowym to jednak nie wymarła. Zatrzymaliśmy się w jednej z poleconych nam restauracji, gdzie oczywiście delektowaliśmy się wyśmienitymi owocami morza. 
Mikołaj jako Domenico Modugno
Rozleniwieni po uczcie bogów rozlokowaliśmy się na pobliskiej plaży, panowie wyciągnęli wędki i usiedli na skałach, dzieci bawiły się w labiryncie dziwnych kamieni, miejsce przywodziło na myśl „Gwiezdne Wojny”, ja przytuliłam się do nagrzanych jeszcze słońcem skalnych półek, otworzyłam książkę i odpłynęłam, co jakiś czas ogarniałam wzrokiem krajobraz i dzieci, aż w końcu porzuciłam lekturę, chwyciłam aparat i starałam się uwiecznić jak najwięcej.
    
Tej nocy gdyby nie wcześniejsze opowieści właścicieli o słynnych w Polignano mareggiatach, o tym jak to algi morskie zdejmowali z okien, bylibyśmy na pewno przerażeni, tzn wystraszeni byliśmy tak czy inaczej, tyle tylko, że mieliśmy świadomość co się dzieje.  Przed północą nagle rozpętało się piękło, tak jakby morze wtargnęło do miasta, ponieważ nasz apartament był prawie nad samym klifem, więc hałas jaki robiły fale był ogłuszający. Woda chlustała nam w okna, wiatr szalał w wąskich uliczkach, dopiero po kilku godzinach wszystko się uspokoiło a rano znaleźliśmy nasz samochód cały pokryty morskim piaskiem, choć zaparkowany był w samym centrum miasta, daleko od brzegu. 

Zabrakło dzisiejszego słówka - przepraszam za niedopatrzenie:
Słówko na dziś to COLAZIONE - czyli śniadanie, bo tamto zostanie mi w pamięci na zawsze:)

4 komentarze:

  1. uwielbiam ten blog :)
    PS A słówko na dzisiaj;)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) I już dodaję słówko:)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. No właśnie nie mam:) Muszę się poprawić czasem zapominam sfotografować rzeczy istotne:)

      Usuń

Drukuj