wtorek, 13 listopada 2012

 

Jak wiele się zmieniło w relacjach międzyludzkich przez ostatnie 30 lat. Żyjemy w takim pędzie, że teraz aby kogoś odwiedzić, trzeba się wcześniej zapowiedzieć, potwierdzić, "zdzwonić", wysłać maila, a kiedyś było tak prosto. Zaczyna to do mnie wyraźnie docierać kiedy jesteśmy w Casaluccio. Za każdym razem, gdy gdzieś jedziemy lub skądś wracamy, przejeżdżamy koło domu Camuranich. Zawsze nas serdecznie zapraszają, namawiają - "zatrzymajcie się! wstąpcie!" Chcieliby widzieć nas u siebie każdego dnia, trzeba pamiętać, że goście w domu to dla nich jedyna, prawdziwa rozrywka. 



Mimo, że ich posiadłość to prawie takie odludzie jak Casaluccio, to jednak dom zawsze jest pełen ludzi, rodzina, znajomi, przyjaciele, ktoś żeby zamówić drewno, inny po jajka albo ser, pracownicy, pomocnicy - drzwi się nie zamykają. Ma to szczególny urok latem, kiedy wieczory są długie i dopiero wtedy po pracy wszyscy zasiadają przed domem, przy okrągłym stole, jedzą, piją, rozmawiają, dzieci szaleją a my mamy szansę poczuć się częścią tej licznej, włoskiej rodziny, bo w rzeczywistości tak nas właśnie traktują.


Czasem myślę sobie, nie wypada, nie każdego dnia, czasem jestem wręcz zmęczona, bo przecież ja uciekam z bloku, z kakofonii wielkiego miasta, z chaosu i potrzebuję często ciszy i samotności. Jednak muszę przyznać jak bardzo miła jest mi świadomość, że kilometr dalej jest dom pełen ludzi, gdzie zawsze ktoś na mnie czeka, z kawą, z kieliszkiem wina, z otwartymi ramionami...      

Słówko na dziś:         VICINANZA - czyli BLISKOŚĆ  :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj