poniedziałek, 26 listopada 2012






Gdybym teraz mogła znaleźć się w dowolnym miejscu na ziemi, wybrałabym Gamognę. Szczyt widoczny z naszego podwórka, u jego podnóża znajduje się klasztor, który liczy sobie około 1000 lat. Długa i burzliwa jest jego historia, wybudowany został ku czci świętego Barnaby, był w rękach Kamedułów, potem opuszczony, popadał w ruinę, na szczęście w latach 90tych XX wieku z tej ruiny się podniósł, znów żyje i ściąga turystów z całych Włoch. 
Za kościołem stoi zegar słoneczny, wykonany wg projektu przyjaciela Mario przy współudziale rodziny naszych gospodarzy. Z drugiej strony pod drzewem stoi kamienny stół, przy którym wędrowcy mogą się posilić i odpocząć, jest też ogródek, który prowadzą siostry, a wszystko to sprawia, że miejsce to, będąc prawdziwym zabytkiem, reliktem odległej przeszłości, jest przy tym swojskie i naturalne, bez nadęcia charakterystycznego dla takich przybytków. 


Na szlaku można spotkać miłośników pieszych wędrówek i przede wszystkim ciszy, bo tak jest to miejsce nazwane, o czym informują tabliczki dookoła z prośbą o jej zachowanie. Obecnie w opactwie "stacjonują" siostry zakonne, pewnego razu spotkaliśmy wśród nich także Polkę, która bardzo się ucieszyła na wieść, że "po sąsiedzku" mieszkają Polacy. Jeśli ktoś szuka duchowego ukojenia, może zatrzymać się w tym miejscu i przez jakiś czas wieść żywot mnicha.


Na Gamognę można wjechać samochodem przystosowanym do takich tras ale lepiej oczywiście wejść na piechotę, prowadzi tam kilka malowniczych szlaków, wśród buków, małych dębów, a między nimi można wypatrzyć i wiekowe kasztany. 

 
W latach osiemdziesiątych, niedaleko klasztoru, Mario zbudował mały szałas, jakich wiele w okolicznych lasach. Potem przekazał go młodszemu następcy, jednak szałas pozostaje otwarty dla wszystkich. Jest on najbiedniejszy i najbardziej surowy ze wszystkich, które widziałam, niemniej może być schronieniem w czasie deszczu, ma piec, stoły, ławki, a nawet prowizoryczne prycze, stanowi idealne miejsce na piknik, przez swoje słoneczne usytuowanie, nawet zimą jest tam przyjemnie. 

 
 

Kojąca jest tamtejsza cisza, widok na wzgórza pokryte lasami, na Casaluccio. Uwielbiam długie godziny spędzone przy malutkim ognisku, z opiekanym chlebem, z prosciutto i domowym winem, to jedno z tych miejsc gdzie dostrzega się ogrom tego kosmosu, którego częścią jesteśmy. Staram się zabrać tam każdego, kto nas odwiedza, jest w tym miejscu coś cudownego, niemal mistycznego, widoki zniewalające, spokój i naturalny rytm, i właśnie ta cisza, za którą teraz w Warszawie tak bardzo tęsknię. 

 

Chciałabym uniknąć powtórzeń, ale to chyba niemożliwe, bo te moje tęsknoty co jakiś czas wypływają na powierzchnię, a mówienie o nich jest w tej chwili jedynym lekarstwem.


Słówko na dziś to SILENZIO - czyli CISZA...    

2 komentarze:

  1. Niech Pani pisze,bo mi się bardzo podoba na Pani blogu:).Ostatnio pozwoliłam sobie u rozgościć-Joanna z Mazur

    OdpowiedzUsuń

Drukuj