wtorek, 20 listopada 2012

 Egzamin minął, część ustna zdana, na wyniki pisemnego muszę poczekać dwa miesiące, ale mam nadzieję, że będzie dobrze... Wszystkim, którzy pamiętali, trzymali kciuki z serca dziękuję! Teraz mogę odetchnąć i wrócić na spokojnie do mojego bloga. Dziś będzie trochę sentymentalnie...

Kiedy w październiku 2009 roku pojechaliśmy do Toskanii, zatrzymaliśmy się u Mario. To był pierwszy wyjazd, kiedy nie wynajęliśmy domu wakacyjnego i ten, po którym nawet Paweł zaczął na serio myśleć o przeprowadzce. Mario na krótko przed naszym przyjazdem zmieniał mieszkanie na większe. Tym sposobem "dostaliśmy" swój pokój, który był nawet urządzony w moich ulubionych kolorach. Czułam się jak u siebie, a to u mnie bardzo nietypowe. Świadomość, że są w Toskanii miejsca gdzie mogę przyjechać kiedy tylko mam życzenie, bez wynajmowania wakacyjnych apartamentów, dawała mi tyle radości!


Kiedy odjeżdżaliśmy, Mario przy pożegnaniu wcisnął mi w dłoń klucze. Mówiąc: 
- wiem jak marzysz o "kluczach do toskańskiego domu", niech te będą namiastką tego, co kiedyś się spełni. Ten dom jest od teraz i waszym domem, nie musicie nawet pukać, żeby wejść. 
Nigdy nie zapomnę tego momentu, a klucze od tamtej chwili mam zawsze przy sobie, są jak talizman. Paweł się czasem ze mnie śmieje - po co ci w Warszawie te wszystkie klucze zawsze pod ręką? Sama nie wiem, ale to chyba część mojej iluzji, którą stwarzam wokół siebie, gdy jestem daleko. 



Potem w torebce obok kluczy warszawskich i tych "mariowych" wylądowały jeszcze klucze od Casaluccio. W końcu spięłam je w jedno, bo za każdym razem gdy stałam na warszawskiej wycieraczce i grzebałam w przestworzach mojej torebki, trafiałam na niewłaściwy komplet. Teraz chodzę z pękiem kluczy, niczym klucznik Gerwazy i dobrze mi z tym, bezpiecznie, przypominają mi, że przynależę do innego miejsca, że mój dom jest wiele kilometrów stąd...      
ach zapomniałam o słówku na dziś: LE CHIAVI - czyli  KLUCZE:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj