czwartek, 1 listopada 2012

Uwięzieni w śniegu




Ciąg dalszy wczorajszej historii:)

Po zwiedzaniu Gradary, stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy tak blisko, to może zatrzymamy się jeszcze nad morzem w naszym ukochanym Milano Marittima. Spacer plażą zawsze dobrze robi, byliśmy w euforii, popołudniowe słońce dawało ciepłe światło, rozproszone w delikatnej mgle!
W końcu ruszyliśmy do domu, do zakopanego wciąż w śniegu Marradi, podczas tego pobytu mieszkaliśmy u Mario. Będąc już w okolicach Faenzy zadzwoniliśmy do naszej ulubionej restauracji i zarezerwowaliśmy stolik na kolację za około pół godziny. Im bliżej Marradi tym śnieg był głębszy, na poboczach zalegały potężne hałdy, mimo to szybko dotarliśmy na miejsce. Jako że do kolacji mieliśmy jeszcze trochę czasu, a dzieci były wypoczęte po drzemce w samochodzie, postanowiliśmy zboczyć nieco z trasy i rzucić okiem na pewną posiadłość, wystawioną na sprzedaż, o której wspominał nam Mario. 
Po zjechaniu z głównej drogi, trzeba było przejechać przez mostek wątpliwej wytrzymałości i szerokości zaledwie naszego samochodu. Z duszą na ramieniu ruszyliśmy do przodu, choć delikatnie próbowałam przekonać mojego męża, aby zwiedzanie przełożyć na inny raz, ale jak powszechnie wiadomo - z mężczyzną przekonanym o słuszności podejmowanych decyzji się nie dyskutuje, nie mówię tego absolutnie ze złośliwością:) Podjechaliśmy pod dom i już wiedzieliśmy, że to nie jest to co nas interesuje. Teren był zbyt górzysty i zacieniony. Postanowiliśmy więc zawrócić, ale nie bardzo było gdzie. Przypominam, że śniegu było tyle co na biegunie północnym. Od domu stromo w górę pięła się dróżka polna, bo nawet nie można było nazwać tego drogą. Mario próbował wytłumaczyć, że przed domem, mimo śniegu można bezpiecznie zawrócić, jednak Paweł pozostał głuchy na wszelkie sugestie, brnął dalej w górę, łudząc się, że na pewno wyżej będzie jakieś miejsce do bezpiecznego wykonania manewru. Zapadły całkowite ciemności. W pewnym momencie samochód zatrzymał się nad urwiskiem i nie mógł ruszyć do przodu. Im bardziej Paweł dodawał gazu tym bardziej samochód wciskał się w śnieżną zaspę, która stanowiła jedyne zabezpieczenie przed stoczeniem się w dół. Panika na pokładzie zaczęła udzielać się wszystkim, nawet dzieciom. Finał był taki, że utknęliśmy w śniegu, w górach, nad przepaścią i nie mieliśmy nawet zasięgu telefonu. Mario przytomnie postanowił zejść do najbliższych zabudowań by znaleźć telefon stacjonarny, dla nas zdobyć jakieś łopaty i ewentualnie zapewnić dzieciom bezpieczne schronienie. Wkrótce udało mu się zawiadomić swoich kolegów strażaków i wezwać ich na pomoc - sam przez wiele lat pracował jako "pompiere", ale obecnie jest już na emeryturze. W czasie kiedy Mario dzwonił po pomoc, my próbowaliśmy wciąż z uporem maniaka wydostać nas z opresji. Wiadomo nie od dziś, że człowiek w kryzysowej sytuacji potrafi obudzić w sobie niespożyte pokłady energii i nadludzką siłę. Wyciągnęłam z bagażnika klapek mojego męża, a ten do filigranowych z pewnością nie należy, więc jego obuwie okazało się być doskonałą namiastką łopaty. Zabraliśmy się z moim bratem do odkopywania samochodu, nie czułam nawet zimna, mimo, że śniegu było kilkadziesiąt centymetrów a ja miałam na stopach baleriny. Kiedy udało nam się w końcu odkopać przednie koło, wrócił Mario. Zaczęliśmy pchać samochód byle dalej od przepaści. Cała "zabawa" trwała około dwóch godzin, byliśmy ubłoceni, spoceni i wycieńczeni. Koniec końców udało nam się wyprowadzić go z zaspy, a potem powoli, powoli, zaczęliśmy  bezpiecznie zsuwać się w dół. I znów znaleźliśmy się przed domem, tym jednak razem Paweł posłuchał wskazówek Mario, udało nam się wykręcić, przejechaliśmy jeszcze raz przez wąski mostek, a gdy tylko znaleźliśmy się na głównej drodze nadjechali strażacy. Podziękowaliśmy im serdecznie, opowiedzieliśmy jak to sami wydostaliśmy się z pułapki i ruszyliśmy do domu, aby szybko się odświeżyć i udać na mocno już spóźnioną kolację. Wystarczył spokojny oddech, łyk wina i smażone piadiny w Il Castagno Vecchio a już śmieliśmy się z siebie i żałowaliśmy, że w tym wszystkim nie zrobiliśmy nawet jednego zdjęcia.



Powiem Wam w tajemnicy, że nie był to jedyny raz kiedy musieliśmy wzywać na pomoc strażaków, po drugiej przygodzie, znacznie bardziej niebezpiecznej, żartowaliśmy, że musimy sobie wykupić u nich abonament, ale o tym innym razem:)     

2 komentarze:

Drukuj