piątek, 30 listopada 2012


Tornada, ulewy, jeden wielki kataklizm przewalił się nad Italią:( Zapowiadają rychłe nadejście srogiej zimy! Mario mówi, że u nas w tym wszystkim najspokojniej, jakby nie było, z każdej strony osłaniają nas wzgórza, które stanowią naturalną ochronę. Przykro mi jednak patrzeć na miejsca, które znam i kocham, w chwili gdy walczą z żywiołem. Niedawno powodzie na południu Toskanii, wcześniej Cinque Terre, Garfagnana, gdzie aż osuwała się ziemia. Takie piękne a tak bezbronne w obliczu niszczycielskiej potęgi natury. 
Na moją skrzynkę przychodzi mail z pytaniem - czy "u nas" też tak groźnie? I znów tak niewiele wystarczy, żeby mi się przez moment ciepło zrobiło... 

morwa po majowej burzy

Przy okazji tych pogodowych zawirowań przypomina mi się kiedy pierwszy raz poczuliśmy lekkie drżenie ziemi. To we Włoszech normalne. Byliśmy z Pawłem w domu, dzieci na dworze zajęte swoimi sprawami, Mario poszedł za dom, bo chciał podejrzeć jakiegoś ptaszka co to każdego dnia z okna coś podjadał. W pewnym momencie dom się dosłownie zatrząsł, wrażenie było takie jakby przez środek salonu przejechał tramwaj. Zamarliśmy w bezruchu, popatrzyliśmy pytająco na siebie, po czym krzyknęłam do Mario: 
- To byłeś ty?
- No ja ja, chciałem tego ptaszka wypłoszyć.
- Zwariowałeś! Aż cały dom się zatrząsł! - mówiłam przejęta
- Nie no bez przesady, nie wyolbrzymiaj, już ci się dom trzęsie! - Mario pokpiwał sobie z moich strachów.
- Zatrząsł! I to dwa razy!!! - broniliśmy z Pawłem swego.
- aaaaa, jeśli dwa razy to jednak nie ja! - Mario wysłuchał jeszcze raz naszej relacji i potwierdził, że to nic innego tylko lekki wstrząs. Doświadczyliśmy tego potem jeszcze kilka razy, tamtego lata ziemia często była aktywna. Pamiętam też, że pewnej nocy, obudziliśmy się z Pawłem na trzy cztery z dziwnym niepokojem, bo znów domem zakołysało. To specyficzne uczucie, z jednej strony fascynuje jak każde zjawisko naturalne, a z drugiej przeraża i uświadamia jak bezbronni jesteśmy, jak delikatną i kruchą istotą jest człowiek, narażony na działanie żywiołów.     

Ślady deszczu na samochodzie
    Słówko na dziś, często widoczne na znakach drogowych w Italii: FRANA - czyli osuwisko ziemi.

czwartek, 29 listopada 2012

 I jeszcze jedna reminiscencja z zimowej Pugli... styczeń 2012
 
Piątek miał być dniem naszego wyjazdu, jednak pogoda była iście wiosenna, a nasz apartament jeszcze wolny, że zdecydowaliśmy się o ten jeden dzień przedłużyć nasz pobyt, z Polignano naprawdę ciężko się rozstać. Podczas gdy my byliśmy jeszcze niepozbierani Mario wyszedł na taras widokowy zaraz przy naszych schodach i zarzucił wędkę, bez sukcesów, niemniej cieszył się jak dziecko:) 

Śniadanie jedliśmy przy stoliczkach przed barem, taki styczeń mogłabym nawet pokochać! Właściciel opowiadał nam o sobie, rozwiewając nasze wątpliwości odnośnie swego pochodzenia. Nie był Irlandczykiem jak się mogło wydawać ale w jego żyłach być może płynęła krew wikingów, przybliżył nam historię tego miejsca, mówił o wędrówkach różnych ludów, o szlakach handlowych, a także uraczył nas kilkoma anegdotkami z życiorysu miejscowej gwiazdy, czyli słynnego Domenico. Opowiadał o podpiłowanym podeście, o nieprzyznawaniu się do swego pochodzenia - w tamtych czasach trendy było mówienie, że pochodzi się z Sycylii. Usłyszeliśmy też o dziejach jego pomnika, który stoi na placu, nad brzegiem morza, ale twarzą zwrócony jest w stronę miasta, jego marynarka jest podwiana, co oddaje klimat miasteczka często nawiedzanego przez morskie wiatry. To detale, na które pewnie nie zwróciłabym uwagi.
Po tym długim i leniwym śniadaniu pojechaliśmy do parku archeologicznego Egnazia, coś w sam raz dla naszych małych odkrywców. Można tam zobaczyć fundamenty starożytnego miasta, z zachowaniem linii ulic i poszczególnych budowli oraz równie wiekowy cmentarz. 
Potem za radą właścicieli zatrzymaliśmy się na obiad  w portowej trattorii w maleńkim miasteczku Savelletri, typowa nadmorska mieścina, mimo, że w uśpieniu zimowym to jednak nie wymarła. Zatrzymaliśmy się w jednej z poleconych nam restauracji, gdzie oczywiście delektowaliśmy się wyśmienitymi owocami morza. 
Mikołaj jako Domenico Modugno
Rozleniwieni po uczcie bogów rozlokowaliśmy się na pobliskiej plaży, panowie wyciągnęli wędki i usiedli na skałach, dzieci bawiły się w labiryncie dziwnych kamieni, miejsce przywodziło na myśl „Gwiezdne Wojny”, ja przytuliłam się do nagrzanych jeszcze słońcem skalnych półek, otworzyłam książkę i odpłynęłam, co jakiś czas ogarniałam wzrokiem krajobraz i dzieci, aż w końcu porzuciłam lekturę, chwyciłam aparat i starałam się uwiecznić jak najwięcej.
    
Tej nocy gdyby nie wcześniejsze opowieści właścicieli o słynnych w Polignano mareggiatach, o tym jak to algi morskie zdejmowali z okien, bylibyśmy na pewno przerażeni, tzn wystraszeni byliśmy tak czy inaczej, tyle tylko, że mieliśmy świadomość co się dzieje.  Przed północą nagle rozpętało się piękło, tak jakby morze wtargnęło do miasta, ponieważ nasz apartament był prawie nad samym klifem, więc hałas jaki robiły fale był ogłuszający. Woda chlustała nam w okna, wiatr szalał w wąskich uliczkach, dopiero po kilku godzinach wszystko się uspokoiło a rano znaleźliśmy nasz samochód cały pokryty morskim piaskiem, choć zaparkowany był w samym centrum miasta, daleko od brzegu. 

Zabrakło dzisiejszego słówka - przepraszam za niedopatrzenie:
Słówko na dziś to COLAZIONE - czyli śniadanie, bo tamto zostanie mi w pamięci na zawsze:)

środa, 28 listopada 2012



Większość patrzy na nasze toskańskie podróże i myśli sobie - "ale wy macie życie - tak miło, sielankowo, bezstresowo!" O ile z miło, sielankowo się zgodzę, to z tym bezstresowo już raczej nie:) Przychodzą mi do głowy przygody związane z naszym samochodem, ale nie staczanie się w przepaść na górskiej drodze, a zdarzenia bardziej banalne. 

Luty 2011, autostrada w okolicach Wenecji

Paweł nadrabia czas na nowym odcinku autostrady omijającym Wenecję, droga szeroka jak pas startowy dla samolotów. Prędkość - hmm... :) 
- Kochanie jak już tak jadę niekoniecznie zgodnie z przepisami to zerknij czy masz dokumenty samochodu. - mówi Paweł (to jest czas kiedy ja przejmuję nasz samochód, bo Paweł dostaje służbowy, jednak nie mam jeszcze wyrobionych pewnych nawyków kierowcy. Przewracam z oburzeniem oczami: 
- oczywiście, że mam!!!
- to wyjmij je - nalega mój mąż
Sięgam do torby, wyciągam portfel, w którym zawsze je noszę, otwieram go i ... ręce zaczynają mi się trząść, serce wali jak oszalałe, czuję pulsowanie w uszach - O Boże! nie mam:(!!!
- Co???? Jak nie masz? - (tu padają inwektywy - zrozumiałe i usprawiedliwione, sama mam ochotę wystawić głowę za okno i zasunąć szybę:( Idiotka! Nie mam dowodu rejestracyjnego, ubezpieczenia, czyli nie mam nic, zwykła kontrola drogowa i ściągają nam samochód na policyjny parking. Jakie szczęście, że do Lutirano mieliśmy JEDYNIE 250km, gdybyśmy zorientowali się koło Wiednia i tak za późno byłoby, żeby wracać, a do zrobienia mielibyśmy jeszcze połowę drogi w pełnym stresie. Na samo wspomnienie tamtego momentu wciąż dostaję gęsiej skórki, pamiętam ulgę, którą poczuliśmy, gdy zatrzymaliśmy samochód przed domem. Dokumenty tymczasem leżały bezpiecznie w mojej kurtce biegowej w warszawskiej szafie, zapomniałam włożyć je z powrotem do portfela po ostatnim joggingu, uświadomiłam to sobie natychmiast, jak tylko zorientowałam się, że w portfelu ich nie ma. Szczęście w nieszczęściu, że klucze do warszawskiego mieszkania zawsze zostawiam mamie, tak więc dokumenty dotarły do nas pocztą tydzień po naszym przyjeździe do Włoch i mogliśmy spokojnie wracać do domu... przynajmniej jeśli chodzi o dokumenty, bo niestety powrót spokojny nie był. 

 


Luty 2011, powrót z ferii, autostrada za Wiedniem w kierunku Mikulowa.
Samochód robi dwie "żabki", jakby nim kierował świeży kierowca, nawet nie zwracam na to uwagi, bawię się z dziećmi, potem znowu, więc i do mnie dociera, że coś jest nie w porządku. Za chwilę zaczynają się odłączać i blokować wszelkie systemy, komputer wyświetla kolejne komunikaty. Mamy wrażenie, że oszalał. Bieg blokuje się na 6 (mamy automatyczną skrzynię biegów), mimo prób Pawła po przerzuceniu na ręczny system nic się nie zmienia, jedziemy na szóstce. Problem w tym, że autostrada się kończy i zaraz pierwsze miasteczko z sygnalizacją, co jeśli zatrzymamy samochód? Oczywiście - czerwone, zatrzymujemy się. Na szczęście samochód rusza dalej  ale bieg przeskakuje na trójkę i dalej jest zablokowany. Samochód traci moc, co jest dość kłopotliwe bo zaczynają się pagórki. Myślimy sobie - oby do Czech, tam to prawie jak w domu. Z duszą na ramieniu, licząc każdy mijany kilometr docieramy do Mikulowa i decydujemy zgasić silnik, w nadziei, że po chwilowym odpoczynku komputer odzyska "równowagę". Zatrzymujemy się pod hotelem, na wypadek, żeby w razie czego nie nosić daleko walizek, gdyby jednak ponownie nie odpalił. Po pięciu minutach Paweł znów przekręca kluczyk w stacyjce, patrzymy z wyczekiwaniem co się wyświetli. A tu niespodzianka! Nic nie ma biegi, działają jak wcześniej, ostrzegawczy trójkąt zgasł, co za ulga!!! Wyjeżdżamy na drogę, ale po niespełna pięciu minutach zapala się czerwony trójkąt, nie działa anty - to i anty - tamto, bieg znów zablokowany na trójce. Jesteśmy zdesperowani, toczymy się do przodu - toczymy w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo samochód traci moc. Na rozjeździe w Brnie, kiedy droga pnie się ciut pod górkę, mam wrażenie, że w ogóle nie daje już rady, Paweł w rozpaczy wyłącza silnik i od razu ponownie go uruchamia, w nadziei że choć szarpnie raz porządnie i przetoczy się przez wzniesienie. Co za męka, odliczamy kilometry do granicy - bo wiadomo w Polsce zawsze lepiej, zawsze to u siebie. Kiedy mijamy Cieszyn, jesteśmy wniebowzięci i bijemy się z myślami, co robić. Zostawić samochód na parkingu w jakimś serwisie czy próbować dotrzeć nim mimo wszystko do Warszawy. Decydujemy się na to drugie. Około godziny 3.00 w nocy podjeżdżamy pod nasz warszawski blok. Jesteśmy wykończeni pokonaliśmy 750 km jadąc maksymalnie 80km/h, koszmar, ale wciąż nie wierzę, że nam się udało. W ten sposób nauczyliśmy się co to jest tryb awaryjny:)




Było jeszcze kilka pomniejszych problemów z samochodem, ale tamten raz w lutym zestresował nas najbardziej.  A słówko na dziś to MACCHINA - czyli SAMOCHÓD   :)
        

wtorek, 27 listopada 2012



Milano Marittima, 1 stycznia 2011, 2012...
Stało się to już naszą świecką tradycją, odkąd Nowy Rok witamy we Włoszech, zawsze 1 stycznia jeździmy nad morze, na spacer, a potem siadamy w jednej z restauracji na świąteczny obiad. Za pierwszym razem jechaliśmy niepewni, czy w ogóle w taki dzień jakiś lokal będzie otwarty. Na miejscu okazało się, że problemem jest znalezienie wolnego stolika, a nie czynnej restauracji. Włosi w Nowy Rok masowo wychodzą z domu, większość je świąteczny obiad na mieście. Zwykle będąc w Milano Marittima jadaliśmy w jednej z naszych ulubionych restauracji "Aquario", niestety ta już nie istnieje, szkoda. 



Pamiętam kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy tam 1 stycznia i już na progu wyszła powitać nas cała ekipa z szefem na czele złożyć życzenia Felice Nuovo Anno. Wyściskali nam dłonie jakbyśmy byli co najmniej rodziną królewską. Bardzo to było wzruszające, na tym jednak niespodzianki się nie skończyły. Szef wiedząc, że mój mąż jest wielkim amatorem ostryg, kazał podać nam do stołu gratisowy talerz szarych, "zniszczonych" - jak mówi Mikołaj - muszelek. Bardzo się nim jednak Paweł nie nacieszył, bo dwa małe sępy bezczelnie go objadły :) Swoją drogą zadziwiają mnie moje dzieci i utwierdzam się w przekonaniu, jak to wspaniale z dziećmi podróżować już od pierwszych miesięcy ich życia, jak są otwarte na nowe smaki, doznania, ciekawe ludzi, nowych miejsc. Jestem z nich dumna!

 

Tak więc wcinali ostrygi jakby to były czekoladki ku mojemu zaskoczeniu i rozpaczy Pawła:) Szkoda, że Aquario zostało zamknięte, kuchnia tam była wybitna, spaghetti alle vongole, smażone sardynki, szaszłyki z krewetek, mule w białym sosie, a na deser, jeśli to sezon bożonarodzeniowy, oczywiście panettone! 



Spacer brzegiem morza nawet zimą relaksuje i wycisza, choć wybrzeże w tym miejscu nie jest choćby pięćdziesiątym cudem świata. Zwykle nad wodą wisi lekka mgiełka, która zaciera linię horyzontu. Wzdłuż plaży usypany jest wał piachu, który chroni kąpieliska przed kaprysami morza. Ludzie snują się leniwie, dzieci zbierają muszelki, patyki, podchodzą do wody, słychać tylko dyskretne chlup chlup, a ja to wszystko fotografuję i poddaję się melancholii, i już tęsknię za starym i z nadzieją myślę o nowym...


poniedziałek, 26 listopada 2012






Gdybym teraz mogła znaleźć się w dowolnym miejscu na ziemi, wybrałabym Gamognę. Szczyt widoczny z naszego podwórka, u jego podnóża znajduje się klasztor, który liczy sobie około 1000 lat. Długa i burzliwa jest jego historia, wybudowany został ku czci świętego Barnaby, był w rękach Kamedułów, potem opuszczony, popadał w ruinę, na szczęście w latach 90tych XX wieku z tej ruiny się podniósł, znów żyje i ściąga turystów z całych Włoch. 
Za kościołem stoi zegar słoneczny, wykonany wg projektu przyjaciela Mario przy współudziale rodziny naszych gospodarzy. Z drugiej strony pod drzewem stoi kamienny stół, przy którym wędrowcy mogą się posilić i odpocząć, jest też ogródek, który prowadzą siostry, a wszystko to sprawia, że miejsce to, będąc prawdziwym zabytkiem, reliktem odległej przeszłości, jest przy tym swojskie i naturalne, bez nadęcia charakterystycznego dla takich przybytków. 


Na szlaku można spotkać miłośników pieszych wędrówek i przede wszystkim ciszy, bo tak jest to miejsce nazwane, o czym informują tabliczki dookoła z prośbą o jej zachowanie. Obecnie w opactwie "stacjonują" siostry zakonne, pewnego razu spotkaliśmy wśród nich także Polkę, która bardzo się ucieszyła na wieść, że "po sąsiedzku" mieszkają Polacy. Jeśli ktoś szuka duchowego ukojenia, może zatrzymać się w tym miejscu i przez jakiś czas wieść żywot mnicha.


Na Gamognę można wjechać samochodem przystosowanym do takich tras ale lepiej oczywiście wejść na piechotę, prowadzi tam kilka malowniczych szlaków, wśród buków, małych dębów, a między nimi można wypatrzyć i wiekowe kasztany. 

 
W latach osiemdziesiątych, niedaleko klasztoru, Mario zbudował mały szałas, jakich wiele w okolicznych lasach. Potem przekazał go młodszemu następcy, jednak szałas pozostaje otwarty dla wszystkich. Jest on najbiedniejszy i najbardziej surowy ze wszystkich, które widziałam, niemniej może być schronieniem w czasie deszczu, ma piec, stoły, ławki, a nawet prowizoryczne prycze, stanowi idealne miejsce na piknik, przez swoje słoneczne usytuowanie, nawet zimą jest tam przyjemnie. 

 
 

Kojąca jest tamtejsza cisza, widok na wzgórza pokryte lasami, na Casaluccio. Uwielbiam długie godziny spędzone przy malutkim ognisku, z opiekanym chlebem, z prosciutto i domowym winem, to jedno z tych miejsc gdzie dostrzega się ogrom tego kosmosu, którego częścią jesteśmy. Staram się zabrać tam każdego, kto nas odwiedza, jest w tym miejscu coś cudownego, niemal mistycznego, widoki zniewalające, spokój i naturalny rytm, i właśnie ta cisza, za którą teraz w Warszawie tak bardzo tęsknię. 

 

Chciałabym uniknąć powtórzeń, ale to chyba niemożliwe, bo te moje tęsknoty co jakiś czas wypływają na powierzchnię, a mówienie o nich jest w tej chwili jedynym lekarstwem.


Słówko na dziś to SILENZIO - czyli CISZA...    

niedziela, 25 listopada 2012

Onomastico po włosku - to mniej więcej to samo co nasze imieniny. Nie spotkałam się jednak by ktoś z naszych znajomych w Italii swój dzień świętował. Raczej wszyscy - zarówno starzy jak i młodzi skupiają się na urodzinach, czyli compleanno. Z tego też powodu nie spodziewam się dziś żadnych życzeń po włosku, ale spodziewam się za to moich najbliższych:) 



Santa Caterina da Siena to patronka Włoch, ale niestety jej dzień przypada w kwietniu, a mój właśnie dziś. Katarzyna - kiedy byłam mała nie znosiłam mojego imienia, w liceum na dwadzieścia jeden osób w klasie było pięć Kaś:) Teraz przyznam, że naprawdę mi się podoba, w ostatnich latach bardzo straciło na popularności. Jestem Kasią nie Kaśką, nie Katarzyną, ale Kasią, a we Włoszech Cateriną, Cat. Różnie mnie tam nazywają. Dla jednych atrakcją jest mówienie Kasia - to brzmi dla nich egzotycznie, inaczej - ci jednak są w zdecydowanej mniejszości dla większości wygodniej jest "zitalianizować" moje imię, co sprawia mi prawdziwą przyjemność. Wszystkim Kasiom Kasieńkom, Katarzynom, Kaśkom życzę wszystkiego dobrego a tymczasem idę świętować w kuchni przy nadziewaniu cannelloni:)


sobota, 24 listopada 2012


Toskańczycy znani są z niesamowitego poczucia humoru, żartują ze wszystkiego i wszystkich, z samych siebie też, nie ma świętości, nikomu się nie upiecze! Pisząc ten post uśmiecham się na samo wspomnienie niektórych momentów, kiedy szczęki prawie wyskakiwały nam z zawiasów. Śmiech jest wszechobecny, nawet teraz kiedy w Italii gorzej się wszystkim wiedzie, ludzie są rozgoryczeni, to starają się jednak, mimo wszystko, nie tracić radosnego podejścia do życia i żartować, kiedy łzy cisną się do oczu a na usta przekleństwa. 


W zamiłowaniu do żartów jesteśmy z Pawłem podobni do Włochów, a że najbliżej jest Mario to zwykle on pada ich ofiarą. Na przykład taki drobiazg: kawa po jedzeniu to dla Mario święta rzecz, w Casaluccio pojemniki na sól i cukier są bardzo podobne, różnią się tylko trochę kolorami, czego nasz przyjaciel nie mógł zapamiętać. Zawsze ostrzegaliśmy go, że kiedyś wytniemy mu numer. Oczywiście podstępny zamiar zrealizowaliśmy, przesypaliśmy sól i cukier w zamienione pojemniki i zostawiliśmy na właściwych miejscach. Mario usiadł przy stole ze swoją kawą, Paweł na przeciwko bezczelnie rejestrując zajście kamerą, że niby ogląda poprzednie nagrania, a ja wyszłam, bo nie mogłam się powstrzymać od śmiechu:))) Okropna jest posolona kawa, o czym Mario przekonał się na własnym języku i pluł jeszcze przez godzinę, zaśmiewając się przy tym razem z nami.

Jak to mówią? Starzy a głupi?

Ulubionym typem żartów, które robię sobie z Mario to udawanie, że czegoś nie rozumiem, wtedy on przez 5 minut tłumaczy mi, wysila się, szuka nowych słów, porównań, po czym w końcu dostrzega kpiącą iskrę w moim spojrzeniu i pyta: - mi prendi in giro, vero? (wkręcasz mnie, prawda?). Mała rzecz a tyle przy tym śmiechu i łobuzerskiej radości. 

Kiedyś w drodze do Urbino zatrzymaliśmy się w jakimś miejscu - na przełęczy czy innym szczycie  im. Garibaldiego i natychmiast żart zrodził mi się w głowie, puściłam oko do Pawła i zapytałam całkiem poważnie Mario: 
- kto to był Garibaldi? 
Popatrzył nam mnie szeroko otwartymi oczami, nie dowierzał - Jak to tak? Ty taka "italofilka" nie wiesz kto to był Garibaldi???? - był niemal oburzony -  a więc w ogóle nie znasz historii Włoch!! - I zaczął natychmiast moralizatorskim tonem wygłaszać monolog. Długo w powadze jednak nie wytrzymałam, po chwili śmieliśmy się wszyscy, a Mario kiwał głową z dezaprobatą dla swojej łatwowierności.

Jednak pewnego razu i na mnie przyszła pora, Mario przy udziale Pawła odwdzięczył mi się z nawiązką za strojenie sobie z niego żartów.  Był upalny lipcowy dzień, męska część mojego raju pojechała po zakupy do Felice, zostałam sama i cieszyłam się krótką wolnością, ale chwila ta oczywiście szybko minęła, chłopcy wrócili i trzeba było rozładować zakupy z bagażnika. Zaczęliśmy kursować na zmianę z kartonami z zaopatrzeniem, po czym wszyscy rozłożyliśmy się w naszym hamakowym zakątku. Powietrze było wilgotne po nocnych opadach deszczu. 
- Ale parno - powiedział Mario - przy takiej pogodzie szybciutko dojrzewają melony, one lubią dużo wody.
- Masz rację - potwierdziłam leniwie, po czym podszedł Tomuś i zaczął ciągnąć mnie do ogródka, żeby zobaczyć jak tam nasza plantacja. 
- Chodź mamusiu zobaczymy czy urosły melony. 
Z niechęcią wygrzebałam się z mojego legowiska i poszłam za Tomkiem. Podeszłam do miejsca gdzie ziemia zarośnięta była melonowym pnączem i ....ach!!!! - Chodźcie!! chodźcie!! - krzyczałam - musicie to zobaczyć!!! Ale urósł przez noc!!! - wołałam chłopaków, żeby razem ze mną mogli podziwiać dorodny okaz, o średnicy na oko jakieś 20 cm!! Schyliłam się żeby wyciągnąć go spomiędzy liści i oderwać od łodygi .... od łodygi, do której wcale nie był przyrośnięty!!!! Te dwa diabły w zmowie z dziećmi podrzuciły mi dojrzałego, okazałego melona do mojego ogródka, położyli go wśród innych, ciut większych od piłek tenisowych i czekali na to, aż zrobię z siebie idiotkę, co to myśli, że melony podczas jednej nocy rosną jakby były na drożdżach:) Złapałam melona pod pachę i ruszyłam w pogoń za starymi zgrywusami. Nie byłam przy tym rączą gazelą, bo nogi plątały mi się ze śmiechu.  

Kontrola przyrostu melonów:)
Niestety większość zdjęć, które nadawałyby się do tego posta, nie przeszła mojej prywatnej cenzury. Nie wszystko można opublikować na blogu:) Niektóre z naszych wygłupów były naprawdę szalone, żeby nie powiedzieć idiotyczne:) Ale co robić? ... poczęstuję Was kolejnym truizmem - RAZ SIĘ ŻYJE:)



Żarty stroimy sobie każdego dnia, staramy się śmiać nawet wtedy, kiedy nie jest nam do śmiechu, bo co innego nam pozostało?:)


 
Słówko dzisiejsze nie mogło być inne: RIDERE - ŚMIAĆ SIĘ:)))

Drukuj