poniedziałek, 29 października 2012


Zarzuciłam Was ostatnio wspomnieniami z ciepłego południa i widokami niebieskiego morza, ale tak naprawdę to nie tego mi brakuje najbardziej, nawet teraz kiedy listopad za pasem i nastroje mocno pesymistyczne. Znowu do głosu dochodzi moje zaślepienie, bo przecież w Italii byłoby mniej ponuro, mniej smutno, bo w Italii nawet jak zimno to jednak mniej zimno, jak pada, to zawsze mniej niż tu w Polsce. Jeśli w Polsce jest wesoło, to w Toskanii jeszcze bardziej wesoło, itd.... cóż ja poradzę ... kocham mój nieobiektywizm. Pewnie zaraz ktoś powie to co zwykle - bardziej włoska niż Włosi, ale wierzcie jest inaczej, bo ja doskonale zdaję sobie sprawę, że Italia to nie żadna ziemia obiecana, nie o geografię tu się rozchodzi ... To nie kwestia tego gdzie jesteśmy, dla mnie rajem są Włochy, ale ktoś inny może być szczęśliwy w Norwegii, Hiszpanii czy w Otwocku pod Warszawą, chodzi o to by to swoje miejsce odnaleźć, a potem życie staje się pełniejsze. Przecież teoretycznie nawet tu w Polsce mogłabym robić te same rzeczy co tam, ale ... no właśnie - ale! Ale tu coraz mniej rzeczy mnie cieszy i coraz więcej jest tego co mnie drażni, i mimo, że Włochy są pełne absurdów i daleko im do ideału, to dla mnie trochę przekornie tym ideałem jednak są i będą, cokolwiek by się nie działo - tam życie ma inny smak .





Chciałabym wziąć koszyk iść na wzgórza koło domu, napić się wina, pośmiać się, pośpiewać, pobiegać z dziećmi z górki na pazurki, popatrzeć z czułością na kamienny dom, gdzie z komina sączy się smużka dymu. A potem wrócić, zrzucić w progu zabłocone buty, dołożyć drwa do ognia, zjeść puszystą babkę panettone i być szczęśliwa... 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj