sobota, 6 października 2012

sierpień 2012
mai 2010

Ponad dwa lata temu kiedy w maju przylecieliśmy na kilka dni do Toskanii, ostatniego dnia pobytu aby wypełnić czas przed odlotem poszliśmy na spacer. To dość krótka i łatwa trasa, która zaczyna się przy drodze do Palazzuolo a kończy w Marradi, ale my zamierzaliśmy dojść tylko do momentu skąd widać miasteczko niemal pod stopami. Jednak tamtego majowego dnia, było zimno, deszczowo i mgliście więc postanowiliśmy zawrócić po przejściu kilkuset metrów. Z tego spaceru pamiętam kołderkę nad głową, słodkie, sycylijskie pomarańcze i dzieci zbiegające ze stoku za  ręce z Mario po dziwnej żwirowato - gliniastej ziemi, która zostawiała upiorne ślady na butach. 

  



Wtedy obiecaliśmy sobie, że musimy tu kiedyś wrócić i przejść całą trasę. Aż dziw bierze, że miejsce czekało na nas dwa lata. Chyba za blisko i za prosto, tak jak Rawenna, więc dopiero w te wakacje wybraliśmy się tam znowu. Było gorące popołudnie, pogoda wymarzona, spacerowaliśmy weseli i wspominaliśmy poprzednią wyprawę w deszczu. Doszliśmy do miejsca skąd miało być widać miasteczko, ale okazało się, że teraz stał tam ogromny wiatrak i wejście było zagrodzone, udało nam się więc zobaczyć jakieś pojedyncze dachy domów pomiędzy drzewami i konia na pastwisku, niemniej spacer udał się wyjątkowo. Zrobiliśmy podobne zdjęcia jak te majowe - Mario z chłopcami, zbiegający z góry i obiecaliśmy sobie powtarzać ten rytuał co dwa lata, aby udokumentować i pokazać głównie sobie samym jak czas bezlitośnie gna na przód.     

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj