wtorek, 2 października 2012


- Przejedźmy się gdzieś - powiedziałam do chłopaków w pewne upalne, sierpniowe popołudnie, kiedy tradycyjnie relaksowaliśmy się po obiedzie. Panowie ożywili się na tą propozycję, wzięliśmy więc mapę i zaczęliśmy "studiować" najbliższe okolice. Po krótkiej naradzie trasa wycieczki była gotowa - Camaldoli i La Verna, wyjazd - wtorek, blady świt jak tylko Mario wróci z nocnej zmiany i zanim piekielne gorąco osiągnie swoje apogeum. Ustalonego dnia o siódmej rano staliśmy już gotowi przed samochodem z bagażnikiem wyładowanym po brzegi: dwie lodówki - jedna z jedzeniem, druga z piciem, koce piknikowe, ubrania na zmianę (na wszelki wypadek) i składany stolik. Pierwszy przystanek - Camaldoli. 


Droga początkowo biegła wzdłuż granicy Romanii i Toskanii, krajobraz był niezwykły, koniecznie musieliśmy przystanąć aby zrobić kilka zdjęć złotych pól z belami siana, bo widok był iście pocztówkowy. Camaldoli znajduje się w parku narodowym, teren jest  dziewiczy, ale dostępny dla człowieka, można zatrzymać się przy drodze zrobić sobie piknik bez strachu, że grozi za to jakaś kara. Kiedy dojechaliśmy na miejsce opactwo okazało się być zamknięte, a wejście możliwe tylko z grupą i przewodnikiem, grupy turystów po 40 osób wchodziły co godzinę. Dzieci patrzyły na mnie błagalnie - "tylko nie każ nam stać w kolejce i zwiedzać kościół!". Szczerze mówiąc nawet ja nie miałam na to ochoty. Zawiedzeni tym etapem podróży, postanowiliśmy pojechać jeszcze kawałek dalej i zobaczyć gdzie droga się kończy. Przejechaliśmy kilka kilometrów a potem zawróciliśmy, bo zamiast wspinać się dalej w górę zaczęliśmy zjeżdżać w dół, jedyną niespodzianką był widok na Digę di Ridracoli. 

Diga di Ridracoli
Piknik!
w parku narodowym, Camalodoli

Cofnęliśmy się do szlaku, który prowadził do opactwa i w najbliższym, miłym miejscu rozłożyliśmy się z naszym prowiantem. Kiedy już byliśmy zrelaksowani i najedzeni ruszyliśmy do La Verny. Jak tylko zjechaliśmy z gór, natychmiast uderzyło nas gorąco,  szyby w samochodzie były otwarte, a wiatr który wiał nam w twarz był jak suszarka do włosów ustawiona na najbardziej gorące powietrze. "Lato bierze nas w ostatnie objęcia" pomyślałam wtedy. Krajobraz się zmienił, zniknęły wysokie, soczyście zielone drzewa, znów było złociście, późnosierpniowo. 

 


- Rzeka! Tam była rzeka! - krzyknął Mario. - Zawracać? - zapytał Paweł. - Zawracaj! -  krzyknęliśmy zgodnie:) Zjechaliśmy nad kamienistą rzekę i niewiele myśląc wskoczyliśmy do wody! Co za ulga! Zmęczeni upałem, po kąpieli w chłodnej, płytkiej wodzie byliśmy jak nowonarodzeni. Przydały się ubrania na zmianę:) 



Spotykamy polską siostrę.
 W końcu dojechaliśmy  do La Verny i już z daleka widać było, że to miejsce będzie bardziej spektakularne. Kiedy tylko ruszyliśmy szlakiem w kierunku sanktuarium Franciszkanów, spotkaliśmy grupę sióstr zakonnych, z których jedna żywo zareagowała na polski język. Okazało się, że była Polką od kilku lat "stacjonującą" w Rzymie. Opowiedziała nam historię miejsca i świętego Franciszka, za sprawą którego miejsce zyskało międzynarodowy rozgłos. Jak mówi historia - tu święty otrzymał stygmaty i miejsce to tak naprawdę miało o wiele większe znaczenie w jego życiu niż osławiony Asyż, o czym wiedzą nieliczni. Może i lepiej, bo przynajmniej nie stało się kolejnym religijnym Disneylandem.

Taras sanktuarium.

Panorama - widok z La Verny

Zatrzymany głaz





 Wysłuchaliśmy legend związanych z sanktuarium, między innymi o kamieniu zatrzymanym pomiędzy skałami, zwiedziliśmy kaplice, zrobiliśmy zdjęcia panoramy, poszliśmy na spacer pięknym szlakiem wśród gigantycznych drzew, a potem przyjemnie zmęczeni ruszyliśmy do domu. To miejsce było warte przejechania ponad 100 kilometrów krętą drogą, a co ciekawe wybór ten był czysto przypadkowy. Warto czasem zaufać intuicji:)

Mikołaj odmawia współpracy
droga do domu

 

1 komentarz:

  1. To była jedna z najfajniejszych naszych wycieczek:).
    Mąż:))

    OdpowiedzUsuń

Drukuj