wtorek, 9 października 2012

Polignano


Nie wiem czemu tak długo zwlekałam, by opowiedzieć tu o Polignano, może z czystego egoizmu, chciałam zachować je tylko dla siebie... Tak czy inaczej miejsce jest niezwykłe i nie umiem go dłużej trzymać w tajemnicy. Do Puglii pierwszy raz pojechałam w lipcu 2010 roku, podróż była czysto spontaniczna, ot pewnego dnia przy porannej kawie, komentując średnio owocne wędkowanie na morzu, Mario stwierdził - "bo na prawdziwe ryby to trzeba jechać na południe!". Tym sposobem dwa dni później z wypakowanym po brzegi samochodem staliśmy już przed biurem informacji turystycznej gdzie pracuje Loredana, sąsiadka Mario, która znalazła nam szybko hotel i zapisała najważniejsze informacje na małej kartce papieru. Nie mieliśmy żadnych sprecyzowanych planów, poza wspomnianym wędkowaniem na morzu, ja tak naprawdę chyba nie wiedziałam czym jest Puglia i nie przypuszczałam jeszcze, że stanie się moim ulubionym regionem Włoch zaraz po ukochanej Toskanii.



Na miejsce dotarliśmy wczesnym popołudniem. Pamiętam ten moment kiedy wysiedliśmy z samochodu przed hotelem, który położony był na klifie, niewiele rzeczy w moim życiu zrobiło na mnie takie wrażenie. To było coś pięknego! Natychmiast zostawiliśmy rzeczy w pokoju i ruszyliśmy zwiedzać miasteczko, słusznie nazywane jedną z pereł Puglii. 

Morze się złości
Szaro - białe uliczki
W Polignano szybko można poczuć się jak w domu, jest małe więc łatwo je oswoić, poza tym nie ma tu atmosfery sztuczności i nadęcia, charakterystycznej dla miejsc iście turystycznych. Polignano jest autentyczne i stwierdzam to z pełną świadomością, bo widziałam je latem w szczycie sezonu i w zimowym uśpieniu. Zawsze zachwyca i z każdym pobytem coraz bardziej do siebie przywiązuje.
życie na głównym placu

Plac główny jest malutki, domy i uliczki dookoła białe i wygładzone przez czas, przez wiatr od morza, przez ludzkie stopy. Ludzie życzliwi, otwarci, niezmanierowani turystycznym ruchem, naturalni. Staruszka z wachlarzem, która wieczorem wychodzi na taras, dzieci, które ganiają za piłką i zegar "wariat", tak go ochrzciłam, bo z okrutną regularnością przypomina o upływającym czasie. 

pani z wachlarzem
zegar wariat

Polignano znane jest też z tego, że tu urodził się Domenico Modugno. Po pierwszym naszym pobycie tam Mario zapisał w swoim dzienniku - jeśli ktoś urodził się w takim miejscu nic dziwnego, że śpiewał: "Volare..ooo cantare ...oooo"  i o tym, że życie jest takie cudowne. Przy innej okazji napiszę o nim więcej, bo to interesująca postać i przynajmniej z tego jednego przeboju znana też w Polsce. 

pomnik Domenico Modugno
Tak bardzo Polignano rozkochało nas w sobie, że wróciliśmy tam jeszcze w te same wakacje - dokładnie dwa tygodnie później, a potem jeszcze zimą tego roku, wiele mamy miłych wspomnień z Puglii, wiele miejsc do opisania i niezwykłych momentów, o których chciałabym opowiedzieć: Hotel Covo dei Saraceni, rejs łódeczką i zwiedzanie grot od strony morza, miasta niezwykłej urody jak Lecce, Ostuni czy Alberobello, safari i obejmowanie za szyję żyrafy, wycieczka na sam cypel do Santa Maria di Leuca. O tylu rzeczach chciałabym napisać, że aż boję się coś pominąć, więc na dziś wystarczy. Nacieszcie oczy zdjęciami magicznego Polignano, najpiękniejszej z pereł Puglii - według mnie:) Niektóre niestety gorszej jakości, zrobione telefonem, ale czasem ważniejszy od jakości, jest sam moment, który chce się uchwycić, tak jak morze wczesnym rankiem, które nie umiało się jeszcze zdecydować w jakim chce być kolorze.

kolory morza o poranku

Najbliższe dni chciałabym zadedykować Puglii, trochę dlatego, że to miejsce jest naprawdę wyjątkowe, a po drugie dlatego by w samej sobie zagłuszyć trochę tęsknotę za jesienną Toskanią. Oglądając te zdjęcia, czytając własne zapiski, czuję się tak, jakbym znowu była w podróży...
Polignano nocą

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj