niedziela, 28 października 2012


Patrząc na to, co za oknem mam ochotę pisać tylko o nieznośnych upałach, o morzach lazurowych, więc zróbmy jeszcze jeden szybki skok do Puglii, tym razem do jej północnej części. Kiedy patrzycie na mapę Włoch, na zarys włoskiego bucika, widzicie wyraźnie coś na kształt ostrogi, ta wystająca część to Półwysep Gargano. 


Z moich notatek, lipiec 2010: 
Powrót z pierwszej podróży na południe był niezapomniany i bogaty w rajskie krajobrazy.
Ruszając z Polignano zastanawialiśmy się co możemy jeszcze po drodze zobaczyć, skoro już raz dotarliśmy tak daleko. Klasyka! Nie chcieliśmy bardzo zbaczać z kursu, ale jednak chęć zobaczenia czegoś nowego była silniejsza. Czekaliśmy co zaproponuje nam Mario, a on rzucił szybko: „Widzieliście Gargano?“ – „nie, a warto, jest ładnie?“ – spytałam, „pięknie!“ – odpowiedział bez chwili namysłu. Zjechaliśmy więc z autostrady, by objechać „ostrogę“ włoskiego buta czyli właśnie Półwysep Gargano. Wąską drogą, która wije się wśród skał jak cienka wstążeczka, wspinaliśmy się coraz wyżej, widać było jedynie strome zbocza i jaskrawo lazurowy Adriatyk. 


To co mnie pozytywnie zaskoczyło to naturalność, niemal surowość tego odcinka wybrzeża, ziemia jakby zmęczona upałem, klify, gaje oliwne i skały wystające z wody. Nie było oblepione betonowymi hotelami, ani kolorowe od parasoli. Jedynie z rzadka pojedyncze, kameralne plaże, ze stromymi zejściami, ruch turystyczny zagęszczał się im dalej na północ, dopiero od Vieste zrobiło się nieco bardziej "kurortowo".  To odbiło się też pozytywnie na naszym obiadowym postoju. Zatrzymaliśmy się w małej trattorii z bajeczną panoramą. Sama restauracja do wykwintnych nie należała i dobrze! To była jedna z gatunku "cerata na stole", ale dania z powodzeniem mogły stawać w szranki z tymi z renomowanych lokali. Widać było, że jadają tu głównie miejscowi, bo do najbliższego kurortu było jeszcze daleko, takich też miejsc zawsze szukamy. Tym razem nasz wybór był wyjątkowo trafny, zjedliśmy rybę szpadę, małże, krewetki, pieczoną doradę, jagnięcinę i popiliśmy domowym winem. Po takiej uczcie mieliśmy ochotę jeszcze choć przez moment pomoczyć się w morzu. 


Znaleźliśmy niewielką plażę blisko Vieste, było tak pięknie, że nie wiedziałam gdzie kierować obiektyw aparatu. Mikroskopijne wysepki, malowniczy klif i białe Vieste w oddali, tak jakby malarz przesadził i upchnął na jednym obrazie zbyt wiele. Kiedy słońce schodziło już mocno w dół ruszyliśmy do domu, obiecując sobie, że powtórzymy tę podróż, ale rezerwując jeden dzień więcej na Gargano. 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj