wtorek, 16 października 2012


Ostuni ... białe miasto... zaryzykuję stwierdzenie, że to jedno z najpiękniejszych jakie w życiu widziałam. Trafiliśmy tam podczas drugiej podróży do Puglii, ale po kolei, bo nie tylko Ostuni nas zachwyciło tego dnia ... Był koniec lipca, kiedy w południe odjeżdżaliśmy z Fasano, temperatura wynosiła 42 stopnie w cieniu. Chcieliśmy ulokować się na plaży, zmyć z siebie pot i zjeść coś nim zamkną restauracje. Dojechaliśmy na wybrzeże i zaczęliśmy szukać miejsca. I tu zaczęły się schody, bo albo plaże były dzikie, albo zamknięte kompleksy hotelowe. Zatrzymaliśmy się przy jednym z parkingów i zapytaliśmy o jakieś wskazówki, chłopak odpowiedział posługując się mieszanką dialektu i włoskiego, w przewadze tego pierwszego, popatrzyłam na Mario zdezorientowana:
- Z tego wszystkiego zrozumiałam tylko "cinquecento metri" (500m)!
- Nie przejmuj się, nie ty jedna!  

Pojechaliśmy dalej, trochę na ślepo, szukając przyjaznego miejsca, czas płynął nieubłagalnie i znów zaczęło robić się nerwowo, bo było już późno i restauracje zamykały się na najbliższe godziny. Klasyka! Polak głodny - Polak zły:) Droga opustoszała, jechaliśmy wzdłuż wybrzeża mając po prawej stronie lazurowe morze, fichi d'india i skałki, jednak byliśmy tak zmęczeni i głodni, że nawet nie chciało nam się podziwiać pocztówkoych widoków. W pewnym momencie zobaczyliśmy uroczą restaurację z własną plażą, z leżakami, materacami i trzcinowymi parasolami, jak z reklamy bounty!!!
- Idę zapytam - powiedziałam zrezygnowana, nie wierząc kompletnie w powodzenie, po pierwsze czas obiadu minął a po drugie miejsce było zbyt idealne, niezwykłe.
Kiedy ja rozmawiałam z właścicielką cztery nosy przyklejone do szyby śledziły z daleka naszą rozmowę, mając nadzieję, że zadziała mój "urok osobisty".  I głupio mi znów się powtarzać, ale jak widać nie tylko w Toskanii ludzie są tak gościnni i otwarci, Puglia nie zostaje w tyle!
Właścicielka małej restauracyjki zaprosiła nas do siebie, zaoferowała pełne menu, ugościła nas tak jakbyśmy byli jej dobrymi znajomymi, a Mario obdarowała nawet swoimi papierosami, kiedy zdesperowany chciał iść i szukać czynnej tabaccherii. Wśród wielu specjałów morskich mieliśmy też okazję po raz pierwszy spróbować jeżowców i choć mnie osobiście nie zachwyciły, to przynajmniej ciekawość została zaspokojona. Kiedy skończyliśmy jeść obiad, właścicielka podała nam kawę, przyniosła swoje domowe ciasto i likiery, po czym usiadła z nami przy stole i gawędziliśmy do późnego popołudnia jak starzy przyjaciele. Kiedy atmosfera była już bardzo swobodna nie potrafiła dłużej tłumić ciekawości i zapytała wprost - kto jest kim w tym bałaganie, kto mężem, kto ojcem, a ja zostałam mile połechtana, gdyż pani wzięła mnie za Włoszkę, takie wspomnienia dodają mi potem skrzydeł przy kolejnych egzaminach.  Bardzo żałuję, że nie mam zdjęć z tego miejsca, ale tak się czasem zdarza...



 Po tych kilku godzinach spędzonych na plaży postanowiliśmy pojechać do Ostuni, był już prawie wieczór, temperatura była znośniejsza a my wypoczęci. Białe miasto widać już z daleka, przywodzi na myśl baśnie tysiąca i jednej nocy. Nie mieliśmy przewodnika i właściwie nic o miejscu nie wiedzieliśmy, szliśmy więc na ślepo ciasnymi wybielonymi, uliczkami, dzieci ganiały jak szalone - wieczorny przypływ energii, aż wyszła jedna z mieszkanek i udzieliła im reprymendy, że brudzić nie można, że trzeba uważać, bo oni te swoje domki co chwilę ręcznie bielą. 

Trochę zbici z tropu poszliśmy dalej, w końcu zanęceni przyjemnym zapachem usiedliśmy na kolację w jednej z restauracji. Na wejściu kelner zmierzył nas od stóp do głów krytycznym wzrokiem, no cóż byliśmy turystami po dniu spędzonym na plaży i w zoo, na pewno nie byliśmy zbyt eleganccy w tym momencie. Do tego dzieci nie siedziały sztywno przy stole, ale też nie roznosiły w pył lokalu. Ponieważ podróżują od urodzenia wiedzą co i gdzie można, ale trzeba pamiętać, że są tylko dziećmi i mają swoje prawa. Bawił mnie starszy, nadęty kelner, który nie spuszczał z nas oka i minę miał ciężko przestraszoną. Niemniej musiał zachowywać się poprawnie i widać było jak bardzo mu to nie w smak. Trochę z przekory ale też dlatego, że widok był piękny, bo słońce zachodzące oblewało miasto pomarańczową łuną, zabalowaliśmy w tym miejscu do późnego wieczora. Restauracja miała otwarty taras skąd widać było morze, pejzaż tak zachwycający, że aż tandetny. Kiedy wyjechaliśmy z miasta już była noc, obejrzeliśmy się przesądnie za siebie, bo choć Ostuni bardzo gościnne dla nas nie było, to jednak nie można mu ująć uroku, śliczne, kolejna perła Puglii, aż dziw bierze, że w Polskich przewodnikach po Italii o takich miejscach się nie pisze, na pewno tam wrócimy... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj