czwartek, 25 października 2012



Nie dokończyłam jeszcze podróży, która zatrzymała się w Pitigliano, co za niedopatrzenie! Tak jak już pisałam, był to nasz ostatni zaplanowany punkt wycieczki, teraz pozostał czas na improwizację:)

Z moich notatek, lipiec 2010 :  
Humory zaczęły nas opuszczać, chyba czuliśmy zbliżający się nieuchronnie nie tylko koniec tej podróży, ale też koniec naszych wakacji, za tydzień mieliśmy wracać do Polski, dodatkowo zmęczenie upałem też zrobiło swoje. Nie bez cienia irytacji zapytałam naszego przyjaciela czy mógłby nam jeszcze coś pokazać. Popatrzył chwilę w mapę, poprosił o kilka minut ciszy, bo atmosfera robiła się napięta, o odszukanie dobrego nastroju i zdecydował, że pokaże nam Parco Naturale della Maremma, czyli jak się powszechnie uważa jeden z ostatnich naturalnych, nie oszpeconych przez cywilizację fragmentów włoskiego wybrzeża. 



Po około godzinie drogi od Pitigliano, zobaczyliśmy jak przez sosny zaczyna połyskiwać wściekłym błękitem upstrzona falami tafla Morza Tyrreńskiego. Wyrwało nam się zgodne – aaaaa, patrzcie!!!!! Po przejechaniu jeszcze kilku kilometrów zobaczyliśmy je w pełnej krasie. Miejsce musiało być mekką windsurferów i kitesurferów. Dojechaliśmy do malutkiego cypelka, na którym położone było kameralne miasteczko Talamone. 



Znaleźliśmy bajeczną plażę, niestety nasza radość szybko przygasła, gdy dowiedzieliśmy się, że nie ma szans na wejście, bo jest komplet i tak przez kolejne dni a najbliższa plaża jest wiele kilometrów dalej! To zabrzmiało jak absurd peerelu z filmu Barei! Moje zdziwienie odebrało mi mowę. Jednakże nie tracąc nadziei cofnęliśmy się znów za miasto i znaleźliśmy dziką plażę – nie - plażę, gdzie tylko od czasu do czasu ktoś przemykał. Miejsce było szczególne, lekko mulisty piasek, po którym turlały się setki kulek przypominających z wyglądu owoce kiwi, albo coś innego;) 

 

A były to jak się okazało zbitki traw i glonów, którymi bawił się wiatr. Spędziliśmy tu naprawdę relaksujące popołudnie. Na zakończenie dnia wjechaliśmy do ścisłego rezerwatu i rzeczywiście wrażenia były niezapomniane, po łąkach spacerowały konie, jelonki i rogate bydło.

 



 Zostawiliśmy samochód w wyznaczonym miejscu i poszliśmy przez sosnowy las na plażę. Żadnych barów, betonowych hoteli, lukrowanych ośrodków, nic z tych rzeczy, jedynie rozszalałe morze i wiatr gwiżdżący w sosnowych igiełkach. Przepiękne miejsce, wyjątkowe i można powiedzieć przypominające odrobinę nasze polskie wybrzeże. Kolejny raz Toskania mnie zaskoczyła, ile jeszcze kryje niespodzianek.... mam nadzieję, że to liczba nieskończona...










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj