czwartek, 11 października 2012



Mario Avario to jedno z przezwisk jakie nadaliśmy Mario, a dlaczego? O tym można by książkę napisać! Tak jak wspomniałam, to chęć wędkowania na południu była głównym powodem wyprawy do Puglii. Panowie przed podróżą zakupili odpowiedni sprzęt, bo to co dobre na rzekę - nie zda egzaminu na morzu, kupili więc pełno drobiazgów, Paweł nawet mocną wędkę i dwa konkretne kołowrotki. Kiedy już na miejscu zaczęliśmy wypakowywać rzeczy przed hotelem, Mario w pewnym momencie złapał się za głowę i krzykną:
- O matko!
- Co "o matko!"? - zapytał Paweł
- Nie wziąłem kołowrotków! 
- że cooo?? 
Oczywiście dialog był nieco mocniejszy, ale to kulturalny blog, więc tym razem dokładnie cytować nie będę, myślę jednak, że łatwo wyobrazić sobie to zajście. Właściwie Paweł się nawet bardzo nie zezłościł, zdążyliśmy już przywyknąć do Maria roztargnienia jak i do względnego poczucia czasu - inne jego przezwisko to "Mario 5 minuti":) 


Wieczorem poszliśmy na plac, gdzie udało nam się znaleźć osoby, które takie wędkowanie na morzu organizują. Muszę przyznać, że tak jak mamy szczęście do dobrego jedzenia, tak też mamy szczęście do miłych, uczynnych i ciekawych osób, spotkanych przypadkiem. Szybko ustaliliśmy co, gdzie i jak. O 6 rano Paweł i Mario mieli spotkać się z dwoma rybakami w malutkim porcie, zaledwie kilometr od naszego hotelu. A około 9.00 ja miałam zjawić się tam z dziećmi i razem mieliśmy wyruszyć na zwiedzanie grot. Obydwaj podekscytowani umówili się w recepcji o 5.30, tak aby mieć czas na szybką kawę przed ruszeniem na morze. 

 

Następnego ranka Paweł z dokładnością szwajcarskiego zegarka czekał, tak jak było powiedziane, kiedy minęło 20 minut, a Mario się nie zjawiał, poprosił recepcjonistę by zadzwonił do jego pokoju i sprawdził co się dzieje. Jak łatwo się domyśleć - Mario spał w najlepsze, ale na szczęście po 5 minutach, z zalepionymi jeszcze oczami zszedł na dół. Była już prawie 6, więc Paweł zaczął poganiać kompana i już trochę się denerwować, bo nie wiedzieli nawet dokładnie gdzie znajduje się ów port.       
- Musimy znaleźć jakiś bar - powiedział spokojnie Mario.
- co znaleźć? - Paweł nie dowierzał.
- Bar! Śniadanie musimy zjeść!
No tak przecież nie można zacząć dnia bez dobrej kawy i słodkiej bułeczki! Paweł wiedział, że w tej kwestii nawet nie ma co z Mario dyskutować, ruszyli więc na poszukiwanie baru.
- Nie martw, oni też się spóźnią - zapewniał "Pan 5 minuti".
Tym sposobem dotarli do portu o 6.40, a rybacy zjawili się jakieś 10 minut po nich! Ach to włoskie poczucie czasu! Ilu jeszcze rzeczy musimy się nauczyć! A do tego byliśmy przecież na południu, to nie Mediolan, tu panowały inne zasady, albo raczej w niektórych kwestiach ich brak:)

"Port"

Po tym dość chaotycznym i nerwowym (tylko dla Pawła) poranku dalej już wszystko szło dobrze. Rybacy przypłynęli wygodną łódką, przygotowali sprzęt i zapewnili dobrą zabawę i choć ryb nie było zatrzęsienie, bo ponoć wystraszyły je baraszkujące w pobliżu delfiny, to jednak cała otoczka,  atmosfera, która towarzyszyła wyprawie wynagrodziła wszelkie niedostatki. 


Około 9.00 wrócili do portu, zabrali na pokład mnie i dzieci i ruszyliśmy w krótki rejs wzdłuż klifów. Nicola, nasz kapitan - przewodnik, opowiedział nam wiele ciekawych historii i legend związanych z poszczególnymi grotami, jak choćby ta o królowej Neapolu, która w jednej z nich spotykała się ze swoimi kochankami. Ileż tajemnic kryje tak małe miasteczko jak Polignano...

Groty

relaks



 W jednej z grot, do której przez mały świetlik w górze wpadały pojedyncze promienie słoneczne, Nicola zatrzymał łódź na dłużej, tak aby Paweł i dzieci mogli wskoczyć do wody, co Paweł przypłacił prawie podtopieniem, bo dzieci podekscytowane ale jednak przestraszone, kurczowo chciały trzymać się go za szyję:) 

 

Na koniec opłynęliśmy mikro-wysepkę, na której stoi jedynie krzyż, ma on przypominać o tym, że kiedyś przez 25 lat żył na niej pewien człowiek, akurat to miejsce wybrał sobie na swoje pustelnicze życie i patrząc dookoła chyba tak bardzo mu się nie dziwiłam. Rybacy i zwykli ludzie pomogli mu przetrwać dostarczając potrzebne rzeczy. 


To była wspaniała wyprawa, takie rzeczy pamięta się do końca życia, mam nadzieję, że i dzieci, choć były wtedy małe, zachowają choć jedno wspomnienie z tego dnia, nawet jeśli miałyby to być tylko meduzy płynące przy naszej łódce...     

       

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj