czwartek, 4 października 2012


koniec lipca 2010 
Weszłam do Tiny na ostatnie w tym sezonie cappuccino. Oczy miałam szkliste, Tina spokojna ale jakoś dziwnie ze wzrokiem uciekała.
- Che c'è Caterina ? - rzuciła niby od niechcenia.
Nawet nie odpowiedziałam, bo w gardle utknęła mi jakaś gula. 
- Wiesz co - mówiła dalej Tina - nie żegnaj się ze mną. Udawajmy, że nie wyjeżdżasz, że jutro, tak jak zwykle zobaczymy się w barze. 
- Tak, tak właśnie będzie... - powiedziałam, po czym dopiłam moje cappuccino, zapłaciłam i wyszłam. Zatrzymałam się tylko w progu i rzuciłam przez ramię - A domani! - co znaczy "do jutra!".
Jakąś godzinę później spotkałyśmy się jednak przy głównym placu i uściskałyśmy się mocno, nie kryjąc już łez. Stała się dla mnie bardzo bliska, z każdym dniem czułam coraz większe przywiązanie do tych ludzi, którzy zaczęli mnie traktować jak członka rodziny. Potrafili ze mną płakać i potrafili się ze mną cieszyć, pełni szczerości, spontaniczności, słuchający zawsze z pełnym zainteresowaniem, tego co się do nich mówi, wyzbyci zawiści, otwarci i prawdziwie przyjacielscy.






Teraz kiedy odjeżdżam, Tina nie kryje już łez, płaczemy sobie obydwie, mówi, że jestem taka sama wariatka jak i oni! - Zitalianizowaliśmy cię - śmieje się przez łzy! - a dla mnie to najmilszy komplement. Ale nie tylko Tina płacze gdy się z nami żegna,  tak reaguje chyba większość naszych przyjaciół. Czasem zastanawiam się jak to możliwe, jak osoba tak bardzo niepewna siebie jak ja zdobyła przyjaźń tych ludzi, jeśli żegnają mnie ze łzami w oczach, to znaczy, że naprawdę stałam się dla nich kimś ważnym, a świadomość tego nadaje mojemu życiu zupełnie innej wartości ...    

1 komentarz:

  1. A ja się wcale nie dziwię, że zdobyłaś ich serca :)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj