środa, 3 października 2012

Częste dylematy

Dłuższe wycieczki robimy raz na jakiś czas, ale to nie znaczy, że przez resztę czasu tylko bujamy się w hamaku. Zwykle potrafimy wytrwać w "nicnierobieniu" do popołudnia, potem włącza nam się "szwendacz". Czasem jedziemy do miasta na lody, aperitif albo żeby po prostu zamienić dwa słowa z przyjaciółmi, ale częściej zakładamy wygodne buty, bierzemy plecak z czymś do przegryzienia, sprzęt fotograficzny i ruszamy na szlak, a ścieżek koło nas jest tyle, że najczęściej mamy dylemat - na którą się zdecydować. 

 
 
 


Pewnego razu wybraliśmy się na szlak, który prowadzi przez góry z Lutirano  do Marradi, tak dawniej miejscowi chodzili np. na targ. My oczywiście nie wystartowaliśmy z Lutirano tylko z okolic Gamognii i do samego Marradi nie doszliśmy, dotarliśmy jedynie do najładniejszego jak nam się wydawało punktu widokowego i tam zatrzymaliśmy się na dłuższy postój, Mario jak zawsze ubogacił nam wycieczkę opowieściami ze swojego życia, z życia Marradi, historiami myśliwych i starożytnych Rzymian. Potem może nieświadomie a może specjalnie, wiedząc, że lubię wyzwania, powiedział - Jeśli Paweł ruszy teraz samochodem a ty na piechotę, to będziesz w Marradi przed nim! 
- Naprawdę? - podłapał temat Tomuś - mamusiu ścigamy się z tatą?

 
 

I tak zostało postanowione - następnego dnia o poranku, a był to poniedziałek, czyli dzień targu, Paweł wywiózł nas w okolice opactwa, tam, gdzie dzień wcześniej byliśmy z Mario. Nas - to znaczy mnie i Tomka, on z Mikołajem mieli czekać na nas w Marradi albo my na nich oczywiście:)

 

Rozpoczęliśmy wędrówkę zaopatrzeni w wodę, aparat fotograficzny i kije niczym pasterze, bo Tomuś, już się nauczył, że na szlaku kij dobrze jest mieć i to nie tylko dla oparcia. Znalazł jeden dla siebie, drugi dla mnie i hej przygodo!!! Widoki jakie były to widać na zdjęciach, orły latały nam nad głowami, słońce piekło niemiłosiernie a my gadaliśmy o rzeczach ważnych i ważniejszych i szliśmy naprzód, stawiając stopy na kamieniach, które całe wieki temu ułożyli Rzymianie, bo fragmenty starożytnej drogi zachowały się w tym miejscu aż do naszych czasów. Oczywiście mój mały naukowiec przystawał milion razy nad kamyczkiem, nad robaczkiem, nad roślinką więc w rezultacie przyszliśmy do Marradi jako drudzy ale za to ogromnie usatysfakcjonowani. Moja radość była chyba największa, bo oto wychowałam małego piechura, ciekawego świata i niezmordowanego!




Kiedy opowiedzieliśmy znajomym o naszym wyczynie, większość nie chciała nam wierzyć i myślę, że do tej pory są przekonani, że chcieliśmy sobie tylko zażartować:) 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj