sobota, 22 września 2012


Lutirano, nad rzeką
Gdzie skryło się Lutirano
Różnica pomiędzy małym miasteczkiem we Włoszech a małym miasteczkiem w Polsce jest uderzająca. I nie mam tu na myśli miejsc typu San Gimignano czy Kazimierz Dolny, bo tu wbrew pozorom rozdźwięk nie jest aż tak widoczny. Mówię tu raczej o tzw. prawdziwych pipidówkach. W Polsce takie miejscowości są zwykle bez życia, poza odpustem raz do roku, niewiele się dzieje, choć na szczęście ostatnimi czasy zaczyna się to zmieniać.  

Centrum
Jednak w Italii... ( jak ktoś ma już dosyć to lojalnie uprzedzam, że dziś będzie kolejny psalm pochwalny) ... tak więc w Italii te małe miasteczka żyją, o niektórych już tu pisałam o innych jeszcze nie. I proszę takie choćby Lutirano, które nawet dla miejscowych to "dziura w d....e", a jednak atrakcji nie brakuje. Nie mówię oczywiście, że organizowana jest festa za festą, ale jest wiele drobiazgów, które nie trzymają miasteczka w uśpieniu.  
Akcja panzanella!
a oto i ona:)
Najmilej wspominam charytatywne zrywy mieszkańców, a wszystko po to by zdobyć fundusze na odrestaurowanie fontanny czy naprawę mostu. Jak wygląda taki wieczór? Na boisku gdzie już oglądaliśmy mecze, tym razem rozstawiane są stoły, ktoś przygotowuje bufet, można zjeść panzanellę, penne all'arrabbiata, peperonatę, smażone piadiny, swojskie wędliny i napić się wina. Aby przyciągnąć jak najwięcej ludzi kwoty są naprawdę symboliczne, chodzi tylko o to aby wspomóc fundusz miasteczka. Po kolacji rozpoczyna się aukcja, licytowane są przedmioty, które zostały dobrowolnie ofiarowane przez ludzi na tę okoliczność. Zabawa jest niesamowita, żartom i śmiechom nie ma końca, bo wszyscy wiedzą, że chodzi głównie o to, by dobrze się bawić, a jeśli dobrej zabawie przyświeca szczytny cel - tym lepiej! Takie wieczory z licytacją były w tym roku dwa, kupiliśmy wtedy starą maskę gazową, wędkę, karty do tarota, filiżanki i skórzaną podkładkę na biurko do pisania listów. 
Kto da więcej!??
Mamy jeszcze stary kask, trochę ubrań i kto wie co jeszcze:)
Lutirano to tak naprawdę kilka domów w "centrum" i kilkanaście rozrzuconych po okolicznych wzgórzach. Co stanowi centralne miejsce - sklep oczywiście, zwany przez miejscowych bottegą.  Można napić się tu kawy, porozmawiać, zjeść kanapkę, przygotowaną od ręki ze świeżego chleba i mortadelli lub finocchiony. To zwyczaj, który w Toskanii jest już na wymarciu, ale na szczęście tu na naszym pipidówku wciąż funkcjonuje, ku uciesze wszystkich. Wiecie jak nazywa się właściciel? -  Giovanni Felice - a felice po włosku znaczy szczęśliwy, tak, tak wiem, że przesłodzona ta moja Italia:) Poza bottegą Felice, jest też w Lutirano circolo, ale otwiera się tylko kilka dni w tygodniu. To typowe miejsce dla małych miasteczek coś jak połączenie baru z klubokawiarnią, można się tu napić, spotkać znajomych, zagrać w piłkarzyki albo w karty. 

Do Felice na lody:)

W Lutirano są organizowane też inne festy, jak choćby zlot byłych mieszkańców, których los rozrzucił po świecie, nie we wszystkich udało nam się uczestniczyć, bo wokół są też inne miasteczka i każde ma coś do zaoferowania. Widzicie więc, że na naszym włoskim zadupiu nie ma mowy o nudzie. Opinia moja jest oczywiście subiektywna, ale taka ma być, to moja pasja, to moja miłość, to moje widzenie świata...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj