niedziela, 16 września 2012

Trebbana


Lutirano 18.07.2012 casa dei Camurani

Szlak na Trebbanę jest piękny, wiedzie głównie granią, skąd rozpościera się bajeczny widok na wszystkie strony świata. Zatrzymujemy się co kilka kroków i tylko przekazujemy sobie lornetkę z rąk do rąk. Próbujemy zlokalizować nasze ulubione miejsca, widać naszą polanę z jeżynami i samotnym drzewem i obserwatorium w Monteromano. Jest pięknie i .... tak gorąco! 


Od dłuższego czasu w Toskanii nie padał deszcz, zaczyna mówić się o suszy, te kilka kropli co spadły ciężko nawet nazwać "poważnym" deszczem. Szlak w pewnym momencie, choć nie wiem jakim cudem, jest lekko błotnisty, jednak Tomek przekonany, że bezpiecznie może stanąć, bo przecież jest sucho, gna do przodu, aż w pewnym momencie noga wpada mu aż po kostkę w gliniastą maź! To się nazywa mieć szczęście! Śmiejemy się wszyscy a Tomek najgłośniej. Jednak po 15 minutach błoto na nodze zamienia się w betonowy bucior i zaczyna ciążyć, oby do źródełka! 

Najciekawszymi punktami wycieczki są ogromny dąb, pomnik przyrody i stary, kamienny kościółek, przy którym tym razem obozują skauci. Paweł czyści Tomkowi buta, w międzyczasie rozkładamy się ze swoim prowiantem w cieniu przy drewnianych ławach, zjadamy to co przytachaliśmy na własnych plecach. A w plecaku mamy też małą piłkę i jesteśmy miło zaskoczeni, że tu na górze jest nawet małe boisko. Dzieci zaczynają rozgrywać mecz, który jednak szybko zostaje przerwany, gdyż nie wiadomo skąd nadbiega stado koni. Nie mam pojęcia do kogo należą, ale wyglądają jakby były dzikie, są takie naturalne i wolne. Podchodzimy do nich nieśmiało, robimy zdjęcia, podajemy wiązki trawy a one jakby przymilnie, dają się głaskać. Potem stado odbiega i znika w lesie tak nagle jak się pojawiło. Są takie piękne gdy biegną, taka w nich siła i wdzięk. Nie możemy się nadziwić!




Kiedy już czujemy, że nasze siły się zregenerowały, jesteśmy najedzeni i wypoczęci, ruszamy ścieżką w dół.  Schodzenie na zmęczonych nogach jest chyba trudniejsze niż wchodzenie. Idziemy w ciszy, już nikomu się nie chce gadać, a kiedy dochodzimy do domu Camuranich, ściągam natychmiast buty i rozkładam się na chłodnym, miękkim trawniku. Dzieci natomiast, od razu wyciągają piłkę i jakby zregenerowani w ekspresowym tempie rozpoczynają grę. Graziella przynosi chłodne wino i wodę dla dzieci, zagaduje mnie o wycieczkę a potem staje z boku i z czułością niemal babciną patrzy na moich małych piłkarzy. 
Ach ... jak tu dobrze, jaka cisza, tylko czy ja na pewno umiem to wszystko opisać?    



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj