czwartek, 20 września 2012

Graticola d'oro to turniej regionów, bo musicie wiedzieć, że nawet tak małe miasteczko jak Marradi ma swoje dzielnice. J'um mare, Piazza, Vilanzeda, Biforco i wszelkie przyległości, które też mają swoje barwy. Turniej trwa od końca lipca do pierwszej połowy sierpnia, składają się nań zawody w tańcu, pływaniu, a najbardziej spektakularnym wydarzeniem jest scarpinata czyli bieg na 9 km. Każdy biegnie lub maszeruje w swoich barwach, J'um mare na czerwono, Piazza na zielono, Vilanzeda jest biało - niebieska, Biforco czerwono - niebieskie, a kolory przyległości to czerwony, żółty i czarny. Na czas trwania turnieju mieszkańcy dekorują swoje dzielnice i za to też oczywiście otrzymują punkty. W tym roku już drugi raz wzięliśmy udział w scarpinacie i bawiliśmy się wspaniale, a satysfakcja na mecie była bezcenna. Wczesnym popołudniem busy jak zwykle zawiozły  mieszkańców, którzy chcieli uczestniczyć w wyścigu do Campigno, małej osady położonej w górach, 9 km od centrum Marradi.
 

 Tam wszyscy zapisują się i dostają bilety z nazwą regionu, który reprezentują. Na mecie bilety są zbierane i zliczane, potem na ich podstawie przydziela się punkty. My w tym jak i w zeszłym roku, ubrani w biało - niebieskie stroje, biegliśmy dla Vilanzedy, trochę z sentymentu, bo tam mieszkają nasi przyjaciele, a trochę też dlatego, że ta dzielnica jeszcze nigdy nie wygrała, więc mogliśmy ją wspomóc:) Czekając na początek biegu można posilić się w circolo, koniecznie trzeba zjeść smażoną piadinę. 
Impreza zaczyna się od wyścigu rowerzystów, którzy wyruszają z Biforco i mają dotrzeć jak najszybciej na górę do Campigno, morderczy rajd! Potem startują w dół prawdziwi biegacze i znów było mi żal, że przez moje wadliwe kolano, nie mogłam się przyłączyć. Pożegnaliśmy więc Massimo, który wystartował w tej grupie i sami ustawiliśmy się na starcie z całą resztą. Uczestniczyć w scarpinacie mogą wszyscy, starzy, młodzi, dzieci, psy, maluchy na wózkach, kto tylko ma ochotę i czuje się na siłach. Można biec, maszerować albo iść spacerem, ważne by dotrzeć na metę. Dzieci były bardzo przejęte i pamiętając moje zamiłowanie do biegania prosiły:
 - Mamusiu ale biegnijmy na serio, tak jak ty kiedyś biegałaś.
- Dobrze spróbujemy! - i przekazałam reszcie towarzystwa, że dzieci chcą biec, więc ja gonię za nimi, przekonana, że na pewno po maksymalnie 2 kilometrach ich młode nóżki, nie przyzwyczajone do takiego wysiłku, odmówią posłuszeństwa. - Na pewno nas dogonicie - zapewniałam. 
Nie doceniałam moich małych "maratończyków", tak jak pędem wystartowali, tak gnali bez zatrzymywania się. Oczywiście musiałam ich stopować, nauczyć poprawnego oddychania i techniki biegania, niemniej wciąż z zapałem prześcigali kolejne osoby, a ja tylko się modliłam, by moje kolano to wytrzymało. Doping innych uczestników czy obserwatorów wzdłuż trasy nakręcał i pobudzał ich jeszcze bardziej. Kiedy minęliśmy linię połowy dystansu, zadzwoniłam do reszty towarzystwa, żeby się nie gniewali ale nie mogłam czekać. Początkowo pomyśleli, że to żart, przekonani, że pewnie wyskoczymy zza następnego zakrętu, jakież było ich zdziwienie, kiedy zrozumieli, że w dzieciach obudził się prawdziwie sportowy duch. 
Przybiegliśmy do Marradi po około 45minutach!! Przed metą czekał Massimo i gdy mnie zobaczył - krzyknął - BRAVA! Na co ja tylko palcem wskazałam dzieci, które już go minęły, bo biegły jakieś 50 metrów przede mną. Massimo zaniemówił z wrażenia:) To wspaniałe momenty, być oklaskiwanym na placu, słyszeć doping i miłe słowa, ludzie doceniają to, że bawimy się razem z nimi, że nie jesteśmy już turystami, którzy przyszli obejrzeć miejscową atrakcję. Po wpisaniu się na listę, cofnęliśmy się aby powitać resztę naszego towarzystwa: Pawła, Mario, Cristinę, Nicol a przy okazji pozdrawiać innych którzy zaczynali docierać na plac. W zeszłym roku na metę przybyliśmy wszyscy razem, a Mario dostał szczególne owacje od starszych pań zebranych przy stoliku w barze. Rozbawił mnie do łez, gdy potem skomentował to: - No tak! W ten sposób dopinguje się starców i dzieci, wiesz jaki się stary poczułem po tym ich szczebiotliwym "bravo Mario!!"??  

Po skończonej scarpinacie wybraliśmy się wszyscy na pizzę, po takim wysiłku należała się nam porządna kolacja! To był niesamowity wieczór, wspaniały czas, to dla mnie bezcenne momenty ...  Wieczór był ciepły a my w wyśmienitych humorach, po kolacji poszliśmy jeszcze sprawdzić wyniki scarpinaty a potem "na chwilę" zalegliśmy w barze na lody, dzieci przez okno śledziły zmagania olimpijczyków i jakby w ogóle niezmęczone ganiały po placu prawie do północy.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj