sobota, 15 września 2012

Ferragosto



Ferragosto to we Włoszech "ważne" święto, kiedy dzień wcześniej robiliśmy zakupy sprzedawca na pożegnanie krzyczał - "Buon Ferragosto!". U nas tak naprawdę tylko ci bardziej religijni wiedzą jakie święto obchodzi się 15 sierpnia, dla innych to po prostu wolny dzień. Nauczeni smutnym doświadczeniem z zeszłego roku, postanowiliśmy tym razem zostać w domu i cieszyć się naszą przestrzenią a nie walczyć o leżak na plaży. Dla Włochów to świecka tradycja: morze lub góry, ważne by spędzić ten czas poza domem. 
Rankiem kiedy jedliśmy śniadanie, starą wojskową ciężarówką przyjechali do nas Nello i Giuliano, chcieli zabrać długi stół z cantiny. Jak się okazało Giuliano wraz z grupą znajomych i przyjaciół zaplanowali obiad na Bufalo, czyli na górskiej łące przy jednym z szałasów myśliwskich. Po krótkiej rozmowie zaproponowali nam abyśmy do nich dołączyli. Dwa razy nie trzeba nas zapraszać, tym bardziej, że te zaproszenia są tu zawsze szczere. Aby jednak nie robić kłopotu zjedliśmy obiad w domu, po czym wypełniliśmy całą turystyczną lodówkę tym co było i ruszyliśmy! Nasz samochód, który dla laika wygląda jak terenówka, bynajmniej nią nie jest, jednak świetnie dał sobie radę pokonując górską drogę. 
 


Kiedy zajechaliśmy na miejsce towarzystwo było na etapie słodkości i relaksu, porozkładani w cieniu, niektórzy jeszcze przy stole, inni wymyślali zabawy, chociażby tak banalne jak polewanie się wodą. Przyjęli nas bardzo serdecznie, poczęstowali ciastem a my ich naszym piwem. O tym, że wspaniale się czuję wśród Włochów pisałam nie raz i nie dwa i właściwie głupio mi to ciągle powtarzać, ale jak to śpiewał pewien pan ... "muszę, inaczej się uduszę", uwielbiam ich słuchać, pomijając już sam dźwięk języka, który jest dla mnie jak muzyka, ale ta ekspresja, pasja w mowie, coś nieuchwytnego co właściwie ciężko mi opisać. Na Bufalo poznałam Aldo, którego interesowały stare, kamienne domy i książki, znał historię niemal każdej posiadłości w okolicy, słuchałam więc jak zaczarowana. 
 

Tego dnia też Mikołaj i Tomek poznali kogoś ciekawego, 11-letni Nicola zapadł nam wszystkim głęboko w pamięć. Była w tym dziecku powaga i dostojność, miał w sobie coś co przykuwało uwagę i wzbudzało szacunek. Moi chłopcy wpatrzeni byli w niego jak w Madonnę, zabrał ich na spacer, poopowiadał o różnych stworzeniach, żabach, pająkach, patyczakach i modliszkach a na koniec postanowił nawet pouczyć ich strzelać z wiatrówki. Ależ byli przejęci!


Ja natomiast też miałam swoją atrakcję i na samo wspomnienie buzia mi się śmieje! Giuliano zwany tu Pazzia, co znaczy szaleństwo, przyjechał na Bufalo górskim motorem, to bardzo popularny tu sport, a ja motory kocham od zawsze. Kiedy uruchomił silnik i zrobił krótką rundę po polanie poczułam jak mnie policzki pieką z wrażenia. Oczywiście nie trudno się domyśleć jaki był tego finał:) Giuliano zaprosił mnie na krótką przejażdżkę! 
- Wskakuj! - krzyknął    
- Jedź! Jedź - dopingowali mnie pozostali.
- Ale nie będzie przesadzał? - pytałam podekscytowana ale i przejęta. - Nie mam już 20 lat, a do tego jestem mamą i życie mi miłe. 
- Nie, nie, spokojnie .... ale wiesz ... na swoje przezwisko musiał zapracować - Mario dodawał mi "otuchy". 
Wsiadłam i przykleiłam się mocno do Giuliano a potem ... zdjęcia mówią wszystko, co jeszcze mogłabym napisać? Chyba tylko to, że już dawno tak świetnie się nie bawiłam!! Ten banalny wiatr we włosach...:)  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj