czwartek, 27 września 2012

duma Ravenny
Czasem to, o czym chciałabym napisać przychodzi spontanicznie, czasem wyciągam stare zapiski, przeglądam, poprawiam i publikuję, bo chcę się czymś tam podzielić. Jednak bywają takie momenty kiedy myślę sobie - o matko nie pisałam jeszcze o tym i tamtym, i chciałabym wszystko na raz, a na koniec i tak nie wiem od czego zacząć. Tak jak dziś, kiedy siedzę bezmyślnie i gapię się w monitor, oglądam zdjęcia, uśmiecham się sama do siebie i mówię do Pawła - nie wiem o czym pisać. A ten się tylko śmieje i mówi - o Monte Lavane napisz. - A dobry pomysł - dziś mogę pisać o tym i zaczynam, ale po dwóch zdaniach, pytam -  a czy ja już przypadkiem o Monte Lavane nie pisałam? No pewnie, że pisałam, o matko jakieś zioła na poprawę pamięci muszę sobie kupić!      
Tak czy inaczej wiele mam jeszcze do opowiedzenia, niektóre rzeczy odkładam na później, sama nie wiem czemu, nie pisałam jeszcze o Puglii, o moim ukochanym Polignano, o Ostuni, o Santa Maria di Leuca, nie pisałam o tym jak samochód staczał nam się w przepaść, o wycieczkach w inne ciekawe miejsca: o La Vernie, Pitigliano, Saturnii, o tym jak zestresowana przez godzinę próbowałam wydostać się z Bolognii, o tym jak nas oszukał miejscowy sprzedawca na wybrzeżu amalfitańskim, o Półwyspie Gargano, i tak mogę wyliczać bez końca. 



Dziś opowiem trochę o Rawennie, bo jeśli Romagna, o której pisałam nie leży na klasycznym szlaku turystycznym, to jasne jest, że i do Rawenny niewiele osób zagląda, a szkoda.
My też zawsze odkładaliśmy jej zwiedzanie na później i dopiero zimą tego roku, a właściwie już zeszłego, bo był to Sylwester, stwierdziliśmy, że to będzie ciekawy pomysł na spędzenie tego szczególnego dnia. Wybrzeże adriatyckie w tych okolicach, znane jest przede wszystkim z mgieł, zimą panuje tu przenikliwe zimno, choć temperatura raczej nie spada poniżej zera, ale za sprawą bagnistych terenów, którymi otoczone jest miasto i morza z drugiej strony, zimna wilgoć zdaje się przenikać aż do kości. 31 grudnia 2011 roku nie był na szczęście mglisty tylko bardzo słoneczny, jednak zimno dało się odczuć! Kiedy zajechaliśmy na miejsce, klasycznie przez jakiś czas szukaliśmy parkingu, kiedy już udało nam się szczęśliwie znaleźć miejsce, wzięliśmy bilecik i przezornie na innej karteczce zapisaliśmy też adres, żeby potem nie szukać samochodu do północy.

 
 

Ruszyliśmy "w miasto", na rynku było gwarno i kolorowo, karuzela dla dzieci, orkiestra w jednej osobie, pełno jeszcze bożonarodzeniowych straganów, ze słodkościami i z Befanami. Po krótkim spacerze tak zmarzliśmy, że postanowiliśmy zrobić przystanek na obiad aby rozgrzać się od środka. Całkiem przypadkiem trafiliśmy do bardzo ciekawej restauracji, tam pierwszy raz w życiu miałam okazję spróbować sera leżakującego w winie i o ile jego kolor nie wyglądał szczególnie apetycznie, to smak wynagradzał wszystko. Po obiedzie ruszyliśmy dalej, chcieliśmy w końcu zobaczyć słynne mozaiki, a jak czas pozwoli to również la tomba di Dante. Tu rozwodzić się nie będę, bo nie jestem żadnym historykiem sztuki, ten fragment wycieczki najlepiej opisują zdjęcia. Niewiarygodne cuda stworzone rękami ludzkimi, przed którymi człowiek staje z otwartą buzią, pokornie, cichutko, szeptem, wyraża zachwyty i nie może uwierzyć w to, co widzi. 

Befana

kościoły Rawenny

mozaikowy dywan




nieprawdopodobne cuda Ravenny



Kiedy już obejrzeliśmy mozaikowe dywany i obrazy, ruszyliśmy na poszukiwanie grobu Dantego, krążyliśmy i krążyliśmy i ogarniał nas pusty śmiech, bo wciąż wracaliśmy do punku wyjścia, aż od tego śmiechu zrobiło nam się ciepło i przyjemnie.

Gdzie my biedni turyści mamy iść?
 Poddaliśmy się w końcu i ruszyliśmy na poszukiwanie naszego samochodu, bo zaczynało się robić późno. I to był cyrk na kółkach, przypomina mi się Kubuś Puchatek i jego paradoks, można powiedzieć : im bardziej my szukaliśmy samochodu, tym bardziej samochodu nie było. Kręciliśmy się w kółko, a każda zagadnięta osoba wskazywała nam inny kierunek. Najpierw odesłano nas na via D. Alighieri, po czym okazało się, że ktoś źle spojrzał, nasz samochód został rzeczywiście na via Alighieri ale B. Alighieri. Oczywiście w końcu, śmiejąc się jak wariaci, nim zapadł zmrok, samochód znaleźliśmy . Wycieczkę mogliśmy zaliczyć do udanych:) Kiedy dotarliśmy do Lutirano przystanęliśmy na chwilę w domu naszych gospodarzy, aby życzyć im Felice Nuovo Anno i opowiedzieliśmy jak to Rawennę zwiedzaliśmy, gubiąc się kilka razy, co Luca ze śmiechem skomentował - "Nie wiedzieliście, że w Ravennie wszyscy się gubią?" No nie! Nie wiedzieliśmy, tego w  zwykłych przewodnikach nie piszą, ale teraz już wiemy, więc jeśli wybieracie się zwiedzać to wspaniałe miasto nie zapomnijcie o zestawie małego skauta:) 
  
wszystkie drogi prowadzą do domu...
      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj