niedziela, 15 lipca 2012

Niech mi wybaczą zaniedbanie ci, którzy mojego bloga zaczęli czytać regularnie. Nie często mam możliwość bycia „w sieci”. Gdy już będę tu na stałe, na pewno zrobimy pewne udogodnienia by łączność ze światem mieć ciągle, a nie tylko wyrywkowo, przejazdem, u sąsiadów.
Co się u nas działo przez te dwa tygodnie? Wszystko i nic, bo tu nawet nic ma swój urok, bo tu nawet nic jest dla mnie wielkie, jest dla mnie wszystkim. Wystarczy, że wiatr potarga mi włosy, albo na palcach zostanie zapach mięty, wystarczy „szczekanie” capriolo koło domu o 5.00 rano, a nawet szczypanie na języku schłodzonego prosecco. Wszystko pobudza, wszystko inspiruje, wszystko niby banalne wydaje się być niepowtarzalnym cudem...   .
Piszę regularnie każdego dnia ale na papierze, tradycyjnie, w moim toskańskim notesie, dziś trochę na chybił trafił wrzucam zapiski z dnia 5 lipca i obiecuję być w sieci ciut częściej.



„W domu pachnie królikiem, rozmarynem i tymiankiem. Paweł wyżywa się kulinarnie. Dziś wieczorem zjemy królika pieczonego na sposób liguryjski. Przyniosłam z ogródka cebulkę a zza domu rozmaryn, jeszcze pachną mi nim dłonie. Wino chłodzi się w cantinie, dzieci przed domem rozgrywają mecz piłki nożnej. Słońce zaczyna opierać brodę o pobliskie wzgórza. I moje orły wróciły, dwa orły nade mną, dwa orły na moim toskańskim niebie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj