wtorek, 19 czerwca 2012

Zwykle jest tak, że to ja we Włoszech jestem zaskakiwana, oczarowywana czymś nowym, kolejną poznaną osobą, nieodkrytym jeszcze miejscem, nieznanym smakiem. Zdarza się jednak, że i ja moich włoskich przyjaciół potrafię zaskoczyć w ten sam sposób. Tak właśnie się stało, gdy wracając z podróży po Puglii zatrzymaliśmy się w Materze. Plan wycieczki opracowany był w mojej głowie już dawno i czym jest Matera doskonale wiedziałam, za to nasz przyjaciel nawet nie przypuszczał. 
Matera
 
Matera wygląda jak jedna wielka rzeźba w kamieniu, jej położenie, wąwóz z potokiem, domostwa w kamieniu, czyli słynne Sassi od dawna zachwycały ludzi kina, w związku z czym miasto wielokrotnie było scenerią filmową, chociażby w Pasji Mela Gibsona. 

Dzień był zimny ale bardzo słoneczny, choć była końcówka stycznie nikt jeszcze nie przypuszczał, że za kilka dni nadejdą niespotykane tu śnieżyce. Po dojechaniu do miasta kierowaliśmy się wciąż tak jak pokazywały drogowskazy - "sassi", jednak na którymś z kolei skrzyżowaniu straciliśmy trop. Staliśmy akurat na czerwonym świetle, gdy nagle od strony kierowcy podjechał ktoś na skuterze i zapukał w okno. Kiedy mój mąż opuścił szybę, tajemniczy człowiek zapytał: - Szukacie sassi? Skąd u diabła wiedział?? No tak obca rejestracja i głowy w środku patrzące niepewnie to na lewo, to na prawo. Nim zdążyliśmy odpowiedzieć, krzyknął - Jedźcie za mną!! - i odjechał a my szybko zaraz za nim, aby nie stracić go z oczu. Po przejechaniu w szalonym pędzie labiryntu wąskich uliczek, zatrzymaliśmy się na mini parkingu - gratis jak twierdził nasz przewodnik. Okazało się, że Luigi - bo tak miał na imię - dorabiał jako cichy przewodnik. Za kilka euro od głowy znajdował miejsce parkingowe, oprowadzał po mieście, wpuścił nas nawet do opuszczonego kościoła a także starego domu i Bóg tylko raczy wiedzieć skąd miał klucze, bawił nas anegdotkami, zapoznał po trosze z historią, a mówił przy tym prześmiesznym włoskim, uproszczonym do minimum aby nawet turyści nieznający języka mogli zrozumieć to i owo. Wyglądało to mniej więcej tak: - signora... mulo... io (tu dźwięk naśladujący odgłos muła:) ...girare ... olio! Wyjaśniał w ten sposób działanie machiny do tłoczenia oliwy. Nie przekonywało go to, że znam język bardzo dobrze, i że możemy rozmawiać jak cywilizowani ludzie:) 
dzieci robią zdjęcia zdjęć:)

Po zwiedzaniu doradził nam zatrzymanie się na obiad w osterii jego znajomego. Ponieważ do tej pory Luigi uczciwie zarobił swoje euro, dlatego poszliśmy za ciosem i posłuchaliśmy go również w tej kwestii. W lokalu aura kinowa widoczna była od samego wejścia, ściany udekorowane zostały fotografiami gwiazd w scenach filmowych, każda w trakcie jedzenia. Zajadaliśmy więc specjały Basilicaty mając przed sobą ponętną Sofię Loren uśmiechającą się do talerza spaghetti. 

Po wspaniałym obiedzie jeszcze tylko spacer w centrum Matery a na koniec "sesja zdjęciowa" z punktu widokowego po drugiej stronie wąwozu i zwiedzanie grot! Bajeczne miasto! 
- Nigdy bym nie przypuszczał! Dziękuję... - powiedział Mario na zakończenie.  

Centrum Matery


Widok z punktu panoramicznego.

Basilicata
Ruszamy do domu, a na pożegnanie Basilicaty zatrzymuję jeszcze jeden kadr: pasterz przegania owce i kozy przez drogę...         

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj