sobota, 9 czerwca 2012

 Znamy wiele toskańskich miast, ale wciąż tak wiele pozostaje do odkrycia, ostatnio jednak coraz częściej wybieramy dzikie, górskie szlaki, szlaki, o których ze zwykłego przewodnika nigdy byśmy się nie dowiedzieli. Na takim szlaku innych turystów spotyka się z rzadka, a jeśli już, to są to zwykle wytrawni piechurzy, którzy chętnie służą radą i dzielą się wrażeniami. W bliskiej okolicy mamy wiele malowniczych tras, wodospady, punkty panoramiczne, nawet miniaturowy wulkan, czasem ciężko się zdecydować gdzie iść, bo możliwości jest zbyt wiele:)
Kiedy Mario pokazuje nam nowe miejsce zwykle stoimy z rozdziawioną buzią a potem pytamy - czy znajdziesz teraz coś, co urodą mogłoby to przebić? I jak do tej pory zawsze znajduje. Kiedy pokazał nam obserwatorium na wzgórzu, z którego widać morze oddalone o ok. 50 km byliśmy w euforii, ale potem czekały nas kolejne wrażenia, miejsca coraz bardziej zachwycające, coraz bardziej nieprawdopodobne. Kiedy zimą pojechaliśmy do szałasu partyzanta na Monte Lavane czułam się jak władca świata, łańcuch apeniński ciągnął się po horyzont, jak okiem sięgnąć tylko wzgórza, w takich miejscach zaczyna się rozumieć, że to co nas otacza jest prawdziwym cudem. Jest jedna wycieczka, którą odwlekamy z roku na rok, a bo dzieci za małe, a bo jest coś innego do zobaczenia, ale chyba tak naprawdę podświadomie woleliśmy mieć to jeszcze przed sobą, niemniej w tym roku obiecaliśmy sobie wreszcie zrealizować ten cel. Jest to miejsce, z którego przy dobrej pogodzie widać dwa morza - Morze Tyrreńskie i Adriatyk. Wkrótce o tym opowiem... 
  
 


 Mam nadzieję, że nigdy nie zabraknie nam dróg i że nigdy nie wygaśnie entuzjazm, który porywa mnie każdego dnia...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj