sobota, 16 czerwca 2012



W poniedziałki w M jest targ, na którym można kupić niemal wszystko: mięso, sery, owoce, warzywa, majtki, buty, zasłony, durszlaki i milion innych rzeczy. Robimy zakupy na straganach, a potem obowiązkową rundę po sklepikach. U piekarza trzeba stać w kolejce aby kupić świeży chleb, potem to samo w warzywniaku, wszyscy rozmawiają nikt się nie śpieszy i nikt nikogo nie popędza. Jestem oczarowana jak stareńki sklepikarz ze sprawnością Tarzana wspina się po półkach, potem szybko ale delikatnie pakuje w papierowe torby: bakłażany, rukolę, cytryny i winogrona. Starszy pan jest naprawdę uroczy wita mnie zawsze serdecznym "buon giorno!" a potem niemal z ojcowską czułością czeka na moje zamówienie: "Dimmi cara!". Lubię o czymś zapomnieć, by potem móc wrócić i to "dimmi cara" usłyszeć raz jeszcze:) 
Na koniec obowiązkowa wizyta w barze u Tiny i Franco, jak miła dla ucha jest ta poranna kakofonia! Język włoski miesza się z dialektem, szeleszczą poranne gazety, pobrzękują filiżanki z cappuccino. Po intensywnym poranku czas na chwilę relaksu przy szklaneczce campari, siadamy w ogródku przed teatrem, rozmawiamy i obserwujemy jak miasteczko powoli się wycisza, by potem odżyć znów na wieczór. 
Z każdym przelotnym "ciao" czy "buon giorno" usłyszanym na ulicy, czuję się coraz bardziej stąd. Korzenie zapuszczam głębiej i głębiej, tyle ludzie mnie rozpoznaje, z tyloma mogę porozmawiać. To wszystko daje mi poczucie nieprawdopodobnego szczęścia...  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj