poniedziałek, 25 czerwca 2012




Uwielbiam nasze jednodniowe wypady nad morze, zwykle jeździmy do Milano Marittima, do naszego ulubionego kąpieliska pod trzcinowym dachem. To typowo kurortowe miejsce, krajobrazowo na pewno nie zachwyca jak chociażby dzikie plaże Puglii, tu wybrzeże jest w pełni zagospodarowane, krajobraz tworzą rzędy hoteli ciągnące się wzdłuż plaż, ale ta niesamowita atmosfera jaka tu jest, wyjątkowi ludzie - muszę przyznać, że w dużej mierze to dla nich tu przyjeżdżamy. Chłopcy kochają te leniwe dni na plaży, a ja doceniam to, że mam już duże dzieci i mogę cieszyć się moimi chwilami z książką. Paula w barze zaskakuje nas wymyślnymi drinkami, przygotowanymi wg indywidualnych gustów i  potrzeb każdego klienta, w czasie obiadu między stolikami krążą jej nieprzyzwoicie przystojni bracia, na każdym kroku czuć tę serdeczną, rodzinną atmosferę. Menu podstawowe jest bardzo skromne, jednak zawsze Andrea lub jego brat prezentują z finezją "menu del giorno", wszystko świeże, pachnące, domowa pasta i oczywiście owoce morza, które rankiem pływały jeszcze wodach Adriatyku. 
Do Milano Marittima przyjeżdżamy też poza sezonem, to taka nasza świecka tradycja, choćby na krótki spacer wzdłuż morza, aby upchnąć kolejną muszelkę w kieszeni, wrzucić do wody kilka patyków, zjeść spaghetti z vongolami, pooglądać łodzie w porcie, zawsze to samo, ten sam rytuał, stałe elementy naszych włoskich pobytów, kojące skołatane warszawskim życiem nerwy...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj