piątek, 22 czerwca 2012

La Bottega dei Portici

Lipiec 2011

Siedzimy w Bottedze dei portici  przy butelce zacnego wina, Francesco zna już nasze podniebienia, wie co lubimy. Czas płynie wolno, mam wrażenie, że wszystko wokół mnie dzieje się w zwolnionym tempie, prawdziwe dolce far niente... Przy stoliku obok siedzi komendant Antonio z rodziną, dalej para holenderskich turystów, do Francesco wszyscy wracają. Pamiętam kiedy pojawiliśmy się tu pierwszy raz, byłam zdegustowana i trochę zniesmaczona jego frywolnością i arogancją. Wydawał się nam takim Włochem ze stereotypów, jednak kiedy wróciliśmy w następne wakacje i lepiej się poznaliśmy, to pierwsze niemiłe wrażenie zatarło się bezpowrotnie. To jest cały Francesco, szczery, wesoły, bezpośredni, rubaszny i za to właśnie się go kocha! 
Podczas jednej z wizyt podszedł do stolika i powiedział - chodź, coś ci pokażę - po czym wziął mnie za rękę i pociągnął wąskim korytarzem na kuchnię, gdzie kobiety lepiły tortelli. Przedstawił mnie jako swoją serdeczną przyjaciółkę a potem wskazując na najstarszą w gronie kobietę, zapytał - wiesz ile ta pani ma lat? Zrobiłam głupią minę, bo nie chciałam popełnić faux pas, ale jednak postawiłam na szczerość - siedemdziesiąt? - rzuciłam niepewnie. - Ha! Sporo się pomyliłaś! Dziewięćdziesiąt! Patrz jaki jeszcze jędrny tyłeczek! - i mówiąc to dał w ten tyłeczek soczystego klapsa. Aż mnie zatkało z wrażenia, czekałam co nastąpi potem, jednak starsza pani wydawała się szczerze ubawiona i posłała nam szeroki, błogi uśmiech. - Gratuluję dobrych genów! Chciałabym tak wyglądać w wieku 70 lat, wygląda pani fantastycznie - powiedziałam odchodząc, bo rzeczywiście to było niesamowite. Francesco kocha kobiety i demonstruje to bez skrępowania na każdym kroku. Jedni to lubią innych może drażnić, ale to jest właśnie Francesco. 
Jego szalone poczucie humoru bawi nas do łez, kiedyś zimą siedzieliśmy po sutym obiedzie i czekaliśmy na kawę, kiedy zbliżał się do nas z tacą, dał dyskretnie znać mojemu mężowi by ten przygotował aparat fotograficzny. Podając kawę zrobił stary kelnerski numer, przez ucho pustej, jak się okazało filiżanki, przełożył łyżeczkę i fingując jej upadek wprost na mnie śmiał się widząc moje ręce, które w panice próbowały złapać espresso:) Zimą przy obiedzie wywrócił na mnie, tym razem na serio i oczywiście niechcący, pełny czerwonego wina kieliszek, tak niefortunnie, że cała byłam poplamiona od szalika aż po spodnie, ale nie umiałam się na niego gniewać:)
Dwa lata temu w bottedze dostałam urodzinową niespodziankę - tort, świeczki (dużo świeczek;) i butelkę wyśmienitego prosecco. Takie momenty się pamięta i przez lata z czułością wspomina.  
Sorpresa!!!! Auguri!!
Moi chłopcy pewnie też będą pamiętać jak nosił ich w obrusie przerzuconych przez plecy jak worek świętego Mikołaja, bo Francesco uwielbia dzieci a one jego. 
Z moim mężem urządzają sparingi zapaśniczo - bokserskie na środku ulicy, przy aplauzie gości i przechodniów, nikt się nie dziwi. Tyle radości z tak zwykłych rzeczy, tyle pogody ducha w jednym człowieku, już za chwilę się uściskamy, już nie mogę się doczekać!       

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj