piątek, 29 czerwca 2012



Teraz mogę napisać, że liczę już godziny!! Kocham powroty, mimo, że było ich już tyle, pamiętam każdy jeden dokładnie, ze szczegółami, te emocje, łzy, uściski, miłe słowa, niespodzianki. Kiedy zimą przylecieliśmy samolotem na kilka dni, w domu czekała na nas rozwieszona polska flaga, którą uszyła specjalnie na tę okazję mama naszego przyjaciela, 85-letnia staruszka, która nie mogła zrozumieć dlaczego ma szyć flagę bez koloru zielonego:) Innym razem ostatnie 50 m drogi było obstawione pochodniami, były też butelki wina na stole, i babki panettone, i dom lampkami udekorowany, tyle wspomnień.... Niezapomniane są reakcje ludzi, witają nas wszyscy, znajomi bliscy i trochę dalsi, kelnerzy ulubionych restauracji, pan z warzywniaka, sąsiedzi, to są momenty niesamowite, bezcenne. Kiedyś Silvano macellaio wypatrzył mnie ze swojego sklepu, wybiegł na ulicę i ściskał na środku drogi co najmniej jak córkę, która powróciła na łono rodziny, ale takich gestów jest wiele, na każdym kroku spotykam się z wyrazami sympatii, nawet dzieci to czują, te pozytywne emocje, ta czułość, szczera radość z naszego powrotu...      



Jakby było mało tych emocji, to jeszcze łzy wzruszenia, których nie potrafiłam dziś powstrzymać kiedy zabierałam Mikołaja ostatni raz z przedszkola, mojego małego dużego synka, a potem jeszcze Italia Niemców pokonała i czeka nas mecz pełen emocji już w Italii, ach ... łza na rzęsie mi się trzęsie...:)

czwartek, 28 czerwca 2012





zimowe słońce

zimowa mgła

koniec marca

wczesna wiosna
Jest coś bajkowego w kasztanowych gajach. Myślę, że to one mogły stać się inspiracją dla twórców Władcy Pierścieni. Kiedy patrzę na wiekowe kasztany widzę tolkienowskie drzewce. Majestatyczne, powykręcane, jakby w ruchu zastygłe. Najpiękniejsze gaje rosną wzdłuż cavallary, to droga rolników i myśliwych, zatrzymywałam się tam dziesiątki razy by sfotografować je w różnych porach roku, przy różnej pogodzie i różnym świetle. Są magiczne... M to miasto kasztanów, większość otaczających miasteczko wzgórz jest nimi porośnięta. W październiku w każdą niedzielę odbywaj się festy im poświęcone, to warto zobaczyć! 
Tam gdzie rosną kasztany można znaleźć też trufle, kulinarne złoto, jakże bogata i hojna jest ta ziemia, moja ziemia ....

pełnia lata

marroni

środa, 27 czerwca 2012

Zdzisława oswojona:)
To był bardzo upalny dzień, snuliśmy się z kąta w kąt, jak śnięte muchy. W pewnym  momencie Mario zauważył wciśniętą między doniczki pierzastą kulę. Podszedł i wziął to coś na ręce. Jak się okazało była to mała sówka, która widocznie wypadła z gniazda i zamroczona przez dzienne światło ukryła się w kącie. Mario znany jest z tego, że z ptakami umie "rozmawiać", przejął schedę po ojcu. Wiele ptaków hodował, ratował z opresji, kurował, z wieloma się zaprzyjaźniał. Nieprawdopodobnym zjawiskiem był dla mnie Merlo, który urodził się bez skrzydełek, takiego znalazł go Mario i wziął pod opiekę, przez wiele miesięcy karmił go, poił - prawie jak ptasia mama, albo raczej tata:) Po pewnym czasie stała się rzecz niezwykła - ptaszkowi wyrosły skrzydła, Mario otworzył więc klatkę, by zwrócić mu wolność. Długo nie korzystał kos z tego wyjścia, dobrze mu było. Mario wyjmował go z klatki i zostawiał w ogrodzie, ale Merlo ani myślał o odlocie. Aż w końcu nastał dzień kiedy kos poderwał się do lotu i ruszył w świat. To nie jedyna taka historia, ale tym razem miałam opowiedzieć o "naszej" sowie. Zamroczoną i przestraszoną sówkę umieściliśmy w prowizorycznym domku z kartonów, by pozwolić jej spokojnie pospać do wieczora. 
prowizoryczne schronienie przed słońcem
wieczorne karmienie
Kiedy słońce schowało się za wzgórzami, Mario wyciągnął malucha ze skrytki, przyniósł z lodówki trochę mielonego mięsa i odmierzając drobniutkie porcje wciskał mu je do dzioba. Ptaszek początkowo kłapał tym dziobem, jakby chciał nas przestraszyć, ale gdy poczuł, że nic złego z tych rąk go nie spotka, nieco się uspokoił. Potem napił się po kropelce wody, otworzył niechętnie oczy i trochę się rozbudził. Na noc wstawiliśmy go do kartonowego pudełka, na bezpiecznej wysokości, łudząc się, że sowia mama jednak go odnajdzie. Gdy rano się obudziliśmy wszyscy pobiegliśmy do domku sowy, karton był pusty. Szczęśliwi z takiego zakończenia, zajęliśmy się swoimi sprawami. Wieczorem pojechaliśmy do miasta na kolację, nad okolicą przetoczyła się silna burza, po której dość mocno się ochłodziło. Gdy tuż przed północą wróciliśmy do domu, znaleźliśmy przy schodach naszego sowiego malucha, zmokniętego i przestraszonego. Wzięliśmy go tym razem na noc do domu i znów nakarmiliśmy, napoiliśmy, tak jak wcześniej. Niestety sowa jak wiadomo, to nocny ptak, dlatego gdy my spaliśmy, ona do bladego świtu tłukła się po kuchennych płytkach, robiąc nieprzyzwoity jak na tak małe stworzenie, hałas swoimi pazurami i bawiąc się klapą od wiaderka na śmieci. Tak być nie mogło! Zorganizowaliśmy jej spanie w cantinie, w wygodnym kartoniku, wyłożonym szmatkami, wieczorem wyciągaliśmy ją z ukrycia i karmiliśmy, już nie kłapała wrogo dziobem. Mario powiedział, że mamy dać jej jakieś imię, tylko takie by i jemu było łatwo wymówić. Trochę na przekór nazwaliśmy naszą sówkę Zdzisława, więc Mario wciąż mówił o niej gufetto :) Mieszkała u nas Zdzisława kilka dni, aż któregoś ranka nie znaleźliśmy jej już w kartonie, i choć chcieliśmy wierzyć, że poszła sobie sama, to jednak, mieliśmy świadomość, że w świecie zwierząt panuje prawo dżungli. Niemniej było to niesamowite doświadczenie, zwłaszcza dla dzieci, nie każdego dnia zdarza się mieć na wychowaniu sowę...

wtorek, 26 czerwca 2012


Często powtarzają się te same pytania,  ludzie chcą wiedzieć jak to się stało, skąd wzięła się ta włoska fascynacja, kiedy to się wszystko zaczęło? Zawsze wtedy opowiadam o moim marzeniu o podróży do Toskanii i o tym, że nigdy nie wyobrażałam sobie siebie w roli emigrantki. Całe życie byłam bardzo przywiązana do miejsca, w którym się wychowałam, niedopuszczalna była dla mnie myśl o życiu gdziekolwiek poza Warszawą, sercem mojej mapy świata był Grochów. Od lat marzyłam o tym by zobaczyć Toskanię, ale zwykle coś stało na przeszkodzie. Aby nie tracić czasu zaczęłam uczyć się włoskiego, w końcu znajomość języka zawsze może się przydać, nawet gdybym do Włoch miała pojechać za dwadzieścia lat. Na szczęście nie musiałam czekać tak długo. Kiedy nasz drugi syn skończył roczek, postanowiliśmy zrealizować nasz plan. Pamiętam jak styczniowe wieczory uprzyjemniałam sobie wyszukiwaniem ofert wakacyjnych domów, w końcu po wnikliwej analizie i selekcji znaleźliśmy idealny dom. Podekscytowani do granic możliwości, wreszcie w ostatnich dniach czerwca 2007 roku dotarliśmy do M.

Pierwszy toskański zakątek.
 Zamieszkaliśmy w niezwykle malowniczym gospodarstwie agroturystycznym i zakochaliśmy się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. Jednak dopiero na dzień przed wyjazdem zdałam sobie sprawę z tego, że to nie jest kolejne wakacyjne miejsce, do którego chce się wracać, zrozumiałam, że odnalazłam swój "DOM". Siedząc przy kulistej fontannie w sąsiednim miasteczku, jedząc pożegnalne lody, wyłam jak bóbr, zaskakując samą siebie. To było gwałtowne, niepohamowane uczucie, a przy tym ta pewność i oczywistość, jakby nie mogło być inaczej, jakby mi to w gwiazdach zapisano. Do Toskanii wróciliśmy jeszcze w te same wakacje, a potem każdego lata, zawsze na coraz dłużej. Każdy pobyt tam przywiązywał mnie mocniej do tego miejsca, powroty do Polski bolały jak nie wiem co, tylko mój mąż potrzebował trochę więcej czasu, aby to zrozumieć, aby poczuć, aby pokochać...

Tu nam dobrze!
Zaczęliśmy poznawać nowych ludzi, odkrywać prawdziwe uroki tego miejsca. Przełom nastąpił kiedy przyjechaliśmy do M jesienią, byłam trochę niepewna, bałam się, że czar pryśnie, bo już nie tak ciepło, bo inaczej. Jakież było moje zaskoczenie, jesienna Toskania bezczelnie mnie uwiodła, jeśli miałam jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, to po tej podróży rozwiały się całkowicie. To był wyjątkowy czas, kolorowo, smakowicie, ale już cicho i nostalgicznie, od tego momentu i mój mąż zaczął głośno mówić o przeprowadzce, on też dał się zaczarować. Potem rozwinął się cały proces wrastania, zapuszczania korzeni, który trwa do dziś. Wynajęliśmy dom na stałe, teraz mówimy, że jesteśmy już jedną nogą tam. Wiele się przez ten cały czas wydarzyło, o wielu rzeczach jeszcze tu opowiem, muszę czymś zająć myśli w oczekiwaniu na ten ostatni najdłuższy krok...     
Casalucio, czyli teraz...
Niektórzy pytają się mnie - nie boisz się? taka  zmiana! A jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli będziesz żałować? A ja wtedy mówię - pewnie, że trochę się boję, ale dużo bardziej bałabym się tego, że przez resztę życia będę wściekła na siebie, bo nie znalazłam odwagi by zrealizować swoje największe marzenie...
Czeka na mnie.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

WYGRALI!!! Piękny mecz!! Co za emocje, co za gra!! Fantastyczni AZZURRI:)))) Mam nadzieję, że w czwartek Warszawa będzie dla nich szczęśliwa! FORZA ITALIA!!!



Uwielbiam nasze jednodniowe wypady nad morze, zwykle jeździmy do Milano Marittima, do naszego ulubionego kąpieliska pod trzcinowym dachem. To typowo kurortowe miejsce, krajobrazowo na pewno nie zachwyca jak chociażby dzikie plaże Puglii, tu wybrzeże jest w pełni zagospodarowane, krajobraz tworzą rzędy hoteli ciągnące się wzdłuż plaż, ale ta niesamowita atmosfera jaka tu jest, wyjątkowi ludzie - muszę przyznać, że w dużej mierze to dla nich tu przyjeżdżamy. Chłopcy kochają te leniwe dni na plaży, a ja doceniam to, że mam już duże dzieci i mogę cieszyć się moimi chwilami z książką. Paula w barze zaskakuje nas wymyślnymi drinkami, przygotowanymi wg indywidualnych gustów i  potrzeb każdego klienta, w czasie obiadu między stolikami krążą jej nieprzyzwoicie przystojni bracia, na każdym kroku czuć tę serdeczną, rodzinną atmosferę. Menu podstawowe jest bardzo skromne, jednak zawsze Andrea lub jego brat prezentują z finezją "menu del giorno", wszystko świeże, pachnące, domowa pasta i oczywiście owoce morza, które rankiem pływały jeszcze wodach Adriatyku. 
Do Milano Marittima przyjeżdżamy też poza sezonem, to taka nasza świecka tradycja, choćby na krótki spacer wzdłuż morza, aby upchnąć kolejną muszelkę w kieszeni, wrzucić do wody kilka patyków, zjeść spaghetti z vongolami, pooglądać łodzie w porcie, zawsze to samo, ten sam rytuał, stałe elementy naszych włoskich pobytów, kojące skołatane warszawskim życiem nerwy...


niedziela, 24 czerwca 2012

Zasadził Mario melona w ogrodzie,
chodził melona oglądać co dzień.
Wyrósł ten melon jędrny i krzepki, 
schrupać by melona z kawałkiem szynki, itp. itd.

Tak powinna zacząć się ta historia:) Mario istotnie zasadził w ogrodzie melona, dopieszczał go podlewał, chuchał na niego i dmuchał, a melon rósł i rósł na pociechę Mario i wszystkich sąsiadów, bo piękny okaz przychodzili  oglądać wszyscy. W końcu Mario stwierdził, że czas melona skonsumować, przywiózł go do nas i z fanfarami zaprezentował. Cudo! Obiekt został obfotografowany z każdej perspektywy, każdy chciał mieć zdjęcie z takim okazem. Nikomu jednak do głowy nie przyszło, że owoc nie wydziela tak typowego dla swego gatunku zapachu. Gdy zakończyliśmy fotograficzną dokumentację, Mario wziął do ręki nóż i wbił go bezlitośnie w dorodny owoc. Jakież było jego zdziwienie gdy zamiast charakterystycznego oporu, nóż wpadł jakby w pustkę i rozległo się suche "trzask". Wszyscy jak jeden popatrzyliśmy w bladopomarańczowe wnętrzności melona, który na przekór wszystkim okazał się być.... dynią:)  

sobota, 23 czerwca 2012


- Wiesz, że kiedy byłem mały służyłem do mszy? - zagaił kiedyś Mario.
- Żartujesz? Ty w kościele?
- Naprawdę!
- No dobrze, więc byłeś ministrantem, bo kazała ci mama, dla zabawy, a może rzeczywiście z serca?
- Dla pieniędzy. - stwierdził zaczepnie.
- Zwariowałeś?
- Nie zwariowałem, wiesz, że za mszę dostawałem 100 lirów? A za pogrzeb były ekstra dodatki! Za te 100 lirów kupowałem sobie jakiś napój i jeszcze zostawała mi reszta. To było życie! Czasem ksiądz chodził po domach z wizytą, oczywiście na dłużej przystawał tylko u niektórych, a wtedy i dobrych rzeczy mogłem pojeść i zarobić też. Co chcesz jeszcze wiedzieć o moim dzieciństwie?
- Pierwsza miłość?
- Miałem jakieś siedem, może osiem lat, ona miała na imię Eleonora i uwielbiała chłopców z niebieskim oczami.
- To pięknie! Ty masz niebieskie:)
- Wtedy nie miałem.
- To znaczy?
- Wtedy były brązowe, a ja marzyłem o niebieskich. I wyobraź sobie, że z wiekiem Eleonora zaczęła brzydnąć, śliczna jako dziecko wyrosła na bardzo nieszczególną nastolatkę, ale za to moje oczy z czasem stały się niebieskie:)  

piątek, 22 czerwca 2012

La Bottega dei Portici

Lipiec 2011

Siedzimy w Bottedze dei portici  przy butelce zacnego wina, Francesco zna już nasze podniebienia, wie co lubimy. Czas płynie wolno, mam wrażenie, że wszystko wokół mnie dzieje się w zwolnionym tempie, prawdziwe dolce far niente... Przy stoliku obok siedzi komendant Antonio z rodziną, dalej para holenderskich turystów, do Francesco wszyscy wracają. Pamiętam kiedy pojawiliśmy się tu pierwszy raz, byłam zdegustowana i trochę zniesmaczona jego frywolnością i arogancją. Wydawał się nam takim Włochem ze stereotypów, jednak kiedy wróciliśmy w następne wakacje i lepiej się poznaliśmy, to pierwsze niemiłe wrażenie zatarło się bezpowrotnie. To jest cały Francesco, szczery, wesoły, bezpośredni, rubaszny i za to właśnie się go kocha! 
Podczas jednej z wizyt podszedł do stolika i powiedział - chodź, coś ci pokażę - po czym wziął mnie za rękę i pociągnął wąskim korytarzem na kuchnię, gdzie kobiety lepiły tortelli. Przedstawił mnie jako swoją serdeczną przyjaciółkę a potem wskazując na najstarszą w gronie kobietę, zapytał - wiesz ile ta pani ma lat? Zrobiłam głupią minę, bo nie chciałam popełnić faux pas, ale jednak postawiłam na szczerość - siedemdziesiąt? - rzuciłam niepewnie. - Ha! Sporo się pomyliłaś! Dziewięćdziesiąt! Patrz jaki jeszcze jędrny tyłeczek! - i mówiąc to dał w ten tyłeczek soczystego klapsa. Aż mnie zatkało z wrażenia, czekałam co nastąpi potem, jednak starsza pani wydawała się szczerze ubawiona i posłała nam szeroki, błogi uśmiech. - Gratuluję dobrych genów! Chciałabym tak wyglądać w wieku 70 lat, wygląda pani fantastycznie - powiedziałam odchodząc, bo rzeczywiście to było niesamowite. Francesco kocha kobiety i demonstruje to bez skrępowania na każdym kroku. Jedni to lubią innych może drażnić, ale to jest właśnie Francesco. 
Jego szalone poczucie humoru bawi nas do łez, kiedyś zimą siedzieliśmy po sutym obiedzie i czekaliśmy na kawę, kiedy zbliżał się do nas z tacą, dał dyskretnie znać mojemu mężowi by ten przygotował aparat fotograficzny. Podając kawę zrobił stary kelnerski numer, przez ucho pustej, jak się okazało filiżanki, przełożył łyżeczkę i fingując jej upadek wprost na mnie śmiał się widząc moje ręce, które w panice próbowały złapać espresso:) Zimą przy obiedzie wywrócił na mnie, tym razem na serio i oczywiście niechcący, pełny czerwonego wina kieliszek, tak niefortunnie, że cała byłam poplamiona od szalika aż po spodnie, ale nie umiałam się na niego gniewać:)
Dwa lata temu w bottedze dostałam urodzinową niespodziankę - tort, świeczki (dużo świeczek;) i butelkę wyśmienitego prosecco. Takie momenty się pamięta i przez lata z czułością wspomina.  
Sorpresa!!!! Auguri!!
Moi chłopcy pewnie też będą pamiętać jak nosił ich w obrusie przerzuconych przez plecy jak worek świętego Mikołaja, bo Francesco uwielbia dzieci a one jego. 
Z moim mężem urządzają sparingi zapaśniczo - bokserskie na środku ulicy, przy aplauzie gości i przechodniów, nikt się nie dziwi. Tyle radości z tak zwykłych rzeczy, tyle pogody ducha w jednym człowieku, już za chwilę się uściskamy, już nie mogę się doczekać!       

czwartek, 21 czerwca 2012

nad rzeką prawie w centrum miasteczka
nad lago di Bilancino
Jedno z ulubionych zajęć mojego męża kiedy jesteśmy w Italii to łowienie ryb, a miejsc do tego odpowiednich  jest pod dostatkiem. Ja też lubię tę formę spędzania wolnego czasu, ale z nieco innych względów;)) Ta atmosfera spokoju, ciszy, która jest nad wodą działa na mnie kojąco. Dzieci jeszcze nie złapały bakcyla wędkarskiego, powiedzmy, że powoli zapoznają się z tematem. 
Najmniej wyszukanym miejscem do wędkowania są stawy hodowlane, których mamy kilka w bliskiej okolicy. Nie jest tam tak ładnie jak nad naturalnym zbiornikiem, ale za to ryby, a co za tym idzie, również kolacja - są gwarantowane.
nad rzeką
Ciekawiej jest nad rzeką, a rzeki niemalże za płotem mamy aż dwie. W M można łowić pstrągi w samym centrum miasta, tylko wtajemniczeni wiedzą gdzie stanąć, gdzie jest ukryte zejście koło wodospadu, a jak już się człowiek dobrze ustawi to i okonie się trafią i brzany. Miejsc wyjątkowych jest pod dostatkiem, można pojechać też do Lorenzo na pstrągi albo ruszyć się gdzieś dalej.



na morzu


Niezapomnianym przeżyciem jest na pewno wędkowanie na morzu. Kiedyś pojechaliśmy do Porto Garibaldi nad Adriatykiem skąd o 14.00 wypływał katamaran. Trzeba było mieć tylko swoją wędkę i wnieść opłatę ok 30 euro, a w zamian było łowienie ryb do zachodu słońca, obiad, przekąski, kawa i wina pod dostatkiem. Wprawdzie sam połów nie był udany ale wszyscy byliśmy zachwyceni, pogoda wymarzona, dzieci przeszczęśliwe ani chwili się nie nudziły, a ja mogłam cieszyć się do woli słońcem i widokiem morza.

powrót z morskiego wędkowania o zachodzie słońca

Skromny połów tamtego dnia Mario skwitował następująco: - żeby łowić prawdziwe ryby, trzeba jechać na południe! A że nam dwa razy powtarzać nie trzeba, po trzech dniach byliśmy już w drodze do Polignano, przepięknego miasteczka na samym obcasie włoskiego buta. Wczesnym rankiem pewnego lipcowego dnia panowie wypłynęli motorówką wraz z miejscowymi rybakami w morze, zabawa jak opowiadali była przednia, wierzę im na słowo, bo mnie z nimi nie było. I choć potem ryby zniknęły, jak się później okazało, za sprawą igraszek delfinów, które pojawiły się w okolicy, to i tak wrócili we wspaniałych humorach. 
Puglia

czasem bywa i tak:)
W tym roku mamy już w planach nowe miejsca i kto wie... może znowu spróbujemy szczęścia na morzu...:) 

środa, 20 czerwca 2012


Lato
Są takie dni nawet tu, że wszystko idzie nie tak jak powinno, bo ktoś wstał lewą nogą, bo inny nie ma humoru, bo ten się źle czuje a tamten się nie wyspał. Jak to mówią - zdarza się nawet w najlepszej rodzinie. Czasem takie dni trzeba spisać na straty i nie wchodzić sobie w drogę a czasem niespodziewanie obracają się w momenty niezapomniane, wyjątkowe. Pamiętam pewien lipcowy dzień, który nie zapowiadał się szczęśliwie i w miarę upływu czasu atmosfera zagęszczała się coraz bardziej. Nie będę zagłębiać się w szczegóły, bo to już byłby prawdziwy ekshibicjonizm, jednak finał tego zamieszania był niezapomniany, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Aby się zrehabilitować, Mario zaproponował spacer wyjątkową trasą. Trochę przygaszeni, bez przekonania wzięliśmy aparat fotograficzny i ruszyliśmy. Szliśmy ścieżką, wśród małych sosenek, wiatr gwizdał na sosnowych igiełkach, po kilkuset metrach doszliśmy do szałasu myśliwskiego, a że krajobraz robił się coraz ładniejszy, zaczęliśmy powoli odzyskiwać humory. W miarę jak posuwaliśmy się do przodu teren był coraz bardziej odkryty, spacer granią skąd rozpościerał się widok na wszystkie strony świata wprawił nas w euforię, a gdy doszliśmy do końca, było jeszcze piękniej, samotne drzewo, ruiny starego domostwa, łąka i jeżyny, całe mnóstwo przesłodkich owoców, siedzieliśmy tam do późnego popołudnia i nikomu nie chciało się wracać. Może niektórym wyda się to banalne, może ktoś powie - o matko znowu cudnie, znowu pięknie, znów ich zatyka z wrażenia - ale tak właśnie jest, czasem myślę, że to wszystko tylko mi się śni. 
Zima




Miejsce, które pokazał nam Mario tamtego lipcowego dnia, stało się moim ulubionym zaciszem, wracamy tam często i zimą i latem, i zawsze będę tam wracać, nawet kiedy już nie będę...     

wtorek, 19 czerwca 2012

Zwykle jest tak, że to ja we Włoszech jestem zaskakiwana, oczarowywana czymś nowym, kolejną poznaną osobą, nieodkrytym jeszcze miejscem, nieznanym smakiem. Zdarza się jednak, że i ja moich włoskich przyjaciół potrafię zaskoczyć w ten sam sposób. Tak właśnie się stało, gdy wracając z podróży po Puglii zatrzymaliśmy się w Materze. Plan wycieczki opracowany był w mojej głowie już dawno i czym jest Matera doskonale wiedziałam, za to nasz przyjaciel nawet nie przypuszczał. 
Matera
 
Matera wygląda jak jedna wielka rzeźba w kamieniu, jej położenie, wąwóz z potokiem, domostwa w kamieniu, czyli słynne Sassi od dawna zachwycały ludzi kina, w związku z czym miasto wielokrotnie było scenerią filmową, chociażby w Pasji Mela Gibsona. 

Dzień był zimny ale bardzo słoneczny, choć była końcówka stycznie nikt jeszcze nie przypuszczał, że za kilka dni nadejdą niespotykane tu śnieżyce. Po dojechaniu do miasta kierowaliśmy się wciąż tak jak pokazywały drogowskazy - "sassi", jednak na którymś z kolei skrzyżowaniu straciliśmy trop. Staliśmy akurat na czerwonym świetle, gdy nagle od strony kierowcy podjechał ktoś na skuterze i zapukał w okno. Kiedy mój mąż opuścił szybę, tajemniczy człowiek zapytał: - Szukacie sassi? Skąd u diabła wiedział?? No tak obca rejestracja i głowy w środku patrzące niepewnie to na lewo, to na prawo. Nim zdążyliśmy odpowiedzieć, krzyknął - Jedźcie za mną!! - i odjechał a my szybko zaraz za nim, aby nie stracić go z oczu. Po przejechaniu w szalonym pędzie labiryntu wąskich uliczek, zatrzymaliśmy się na mini parkingu - gratis jak twierdził nasz przewodnik. Okazało się, że Luigi - bo tak miał na imię - dorabiał jako cichy przewodnik. Za kilka euro od głowy znajdował miejsce parkingowe, oprowadzał po mieście, wpuścił nas nawet do opuszczonego kościoła a także starego domu i Bóg tylko raczy wiedzieć skąd miał klucze, bawił nas anegdotkami, zapoznał po trosze z historią, a mówił przy tym prześmiesznym włoskim, uproszczonym do minimum aby nawet turyści nieznający języka mogli zrozumieć to i owo. Wyglądało to mniej więcej tak: - signora... mulo... io (tu dźwięk naśladujący odgłos muła:) ...girare ... olio! Wyjaśniał w ten sposób działanie machiny do tłoczenia oliwy. Nie przekonywało go to, że znam język bardzo dobrze, i że możemy rozmawiać jak cywilizowani ludzie:) 
dzieci robią zdjęcia zdjęć:)

Po zwiedzaniu doradził nam zatrzymanie się na obiad w osterii jego znajomego. Ponieważ do tej pory Luigi uczciwie zarobił swoje euro, dlatego poszliśmy za ciosem i posłuchaliśmy go również w tej kwestii. W lokalu aura kinowa widoczna była od samego wejścia, ściany udekorowane zostały fotografiami gwiazd w scenach filmowych, każda w trakcie jedzenia. Zajadaliśmy więc specjały Basilicaty mając przed sobą ponętną Sofię Loren uśmiechającą się do talerza spaghetti. 

Po wspaniałym obiedzie jeszcze tylko spacer w centrum Matery a na koniec "sesja zdjęciowa" z punktu widokowego po drugiej stronie wąwozu i zwiedzanie grot! Bajeczne miasto! 
- Nigdy bym nie przypuszczał! Dziękuję... - powiedział Mario na zakończenie.  

Centrum Matery


Widok z punktu panoramicznego.

Basilicata
Ruszamy do domu, a na pożegnanie Basilicaty zatrzymuję jeszcze jeden kadr: pasterz przegania owce i kozy przez drogę...         

Drukuj