piątek, 25 maja 2012

Na Monte Lavane


Już nikt się nie dziwi temu, że ciągle coś notuję. To mój nałóg, nie chcę aby cokolwiek mi umknęło, aby zatarło się w niepamięci, oto jedna z rozmów z przyjacielem. Zapisuję nawet to, choć czasem śmiać mi się chce z samej siebie... 

- Kiedy już przeprowadzisz się na stałe do Italii, to czego najbardziej będzie ci brakowało? - zapytał mnie Mario pewnego październikowego wieczoru.
- Nie wiem, ciężko powiedzieć. Oczywiście mamy, braci, tzn najbliższej rodziny, potem być może tego co polskie w kuchni, pewnych widoków i spacerów, ale to wszystko jest do rozwiązania - mówiłam - nie wyprowadzam się do Australii czy Nowej Zelandii, gdzie jedna podróż do Polski byłaby niebotycznym wydatkiem, nie mówiąc już o samej odległości. Jeśli tu pewnego dnia zacznę za czymś bardzo tęsknić wsiądę w samolot i za półtorej godziny będę tam albo kupię mamie bilet i ona przyjedzie pomieszkać z nami, dopieścić nas swoimi ciastami i pierogami.
- No tak myślałem, że tak odpowiesz. - uśmiechnął się Mario.
- Bo to dość oczywiste. Widzisz ja nie chcę odciąć się od Polski, tu są moje korzenie, moje i moich dzieci, tu są miejsca, które kocham, które pokazał mi mój ojciec, jest wiele wspaniałego w Polsce, będzie za czym tęsknić... Mimo to jednak, na samym czubku tej piramidy jest moja miłość do Italii, nie tylko do Toskanii. Mimo kryzysu, który teraz macie, mimo problemu z imigrantami, całym sercem chcę tu żyć, każdego ranka gdy się budzę zdaję sobie sprawę, że to pragnienie jest coraz silniejsze i nie poddam się póki tego nie zrealizuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj