poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wesołych świąt!


Dzieci wyciągnęły ostatnią niespodziankę z adwentowego kalendarza, a wydaje się, że dopiero co skończyłam go kleić. Dziś nie ma czekoladek, dziś mają zadanie - pomóc mi przygotować wigilijny stół. Jeszcze tylko barszczyk, kompot z suszu i mogę siadać do stołu. Walizki do połowy spakowane. Wszystko poprasowane - mama zawsze mówi, że jaka wigilia taki cały rok, więc nie zostawiam sobie nieprzyjemnych zajęć na ten dzień. Mam nadzieję, że się nie pokłócimy, że dzieci będą grzeczne, że wszystko dobrze się poukłada. I tego chciałam Wam życzyć w te Święta - SPOKOJU DUCHA, radości niczym niezmąconej a w Nowym Roku niegasnącej nadziei i wiary, że będzie lepiej. Realizujcie swoje pasje i miejcie odwagę marzyć, a życie nabierze kolorów! WESOŁYCH  ŚWIĄT!!!!  

Tymi słowami na kilka dni żegnam się z Wami, odpocznijmy od monitorów. Zobaczymy się w Nowym Roku, podaruję Wam nowe wrażenia, historie, zdjęcia i może nawet przepisy:) Czeka na mnie..., czekają na mnie ... a ja nie mogę się doczekać:)

 BUON NATALE e FELICE ANNO NUOVO!!! - To są słówka na dziś, których chyba tłumaczyć nie muszę:)

niedziela, 23 grudnia 2012

- Co będziemy robić? Gdzie chcielibyście pojechać? Co zobaczyć? - pyta nas Paweł przy obiedzie. Dzieci oczywiście natychmiast zaczynają wymyślać cuda wianki, jak to dzieci. Mi wystarczy nasz kominek, spacer na Gamognię, ławka przed domem, to jest pełnia szczęścia. Po obiedzie biorę komputer i nachodzi mnie na wspomnienia, to chyba typowe, kiedy rok się kończy. Oglądam zdjęcia z ostatniego dnia naszego letniego pobytu, nie myślałam, że minie tyle czasu nim będę mogła wrócić, i dobrze, bo wtedy wyjazd bolałby jeszcze bardziej.
Wiele było pięknych niezapomnianych momentów, wiele też trudnych, ale jak to mówią - co nas nie zabije to nas wzmocni, tego się trzymajmy. Wierzę, że nadchodzący rok będzie lepszy od poprzedniego, musi! Co przyniesie? Gdzie będziemy za rok? Któż to wie... Zapraszam Was na krótkie fotograficzne streszczenie minionego roku.


Pewien "chłodny" lipcowy dzień, idziemy na piechotę do Camuranich.

Styczniowy kominek

Zwykłe letnie popołudnie, jemy poza domem:) Ristorante - łąka Grisigliano

Tańce hulanki swawole w Polignano

Klify w Polignano, styczeń 2012

Popatrz tu, popatrz tam, Santa Maria di Leuca, zima 2012

Radość mieszka na moich wzgórzach, styczeń 2012

Przydomowe atrakcje, lato 2012

Monte Lavane, styczeń 2012

Pożegnanie lata, sierpień 2012

Maj 2012, będzie festa!

Wiosna 2012, w drodze na Sambucę

Majowe spacery, 2012

Nadlatuje mucha:) Sierpień u Lorenzo.

Dolce far niente - klasyka:)

Do lata piechotą będę szła...:) lipiec 2012

Słówko na dziś RICORDARE  - PAMIĘTAĆ.

sobota, 22 grudnia 2012


Wiecie, że od wczoraj już przybywa dnia, a noce oczywiście będą teraz coraz krótsze? To jest dla mnie pierwsza dobra wiadomość, a druga jest taka, że rok 2013 na przekór wszystkiemu przywitamy w Casaluccio. Do końca nie było wiadomo, nie byliśmy pewni jak potoczą się sprawy, tak, nie, znowu tak, potem jednak nie, może tak, może nie, i w końcu jak szalona ruletka zatrzymało się na TAK. Dziś jeszcze nie pakuję walizek, dziś gotuję kapustę, obmyślam dekoracje wigilijnego stołu i cieszę się polskimi Świętami. Ale za kilka dni znów usiądę przy moim kominku, zjem panettone, znów się wzruszę patrząc na wzgórza ukochane, odwiedzę przyjaciół, którzy każdego dnia pytali mnie kiedy będę, a ja unikałam jasnej odpowiedzi. Dziękuję panie P, to najmilszy prezent:) Nawet dzieci co chwilę mnie pytają - ale czy naprawdę jedziemy? - Jakby się bały jeszcze cieszyć, po ostatnich niepewnościach. - Naprawdę, naprawdę! Już za kilka dni będę znów mogła obnosić się z miłością do tej mojej Italii i nikt mi nie powie, że to głupie czy nienormalne. 



Życzeń klasycznych dziś nie składam, bo jeszcze nie znikam, niemniej życzę Wam miłego, przedświątecznego i leniwego weekendu! 


POWRACAĆ to słówko na dziś - RITORNARE...

piątek, 21 grudnia 2012

Post o tym jak oswajałam lęki, próbowałam wydostać się z Bolonii i jadłam powszedni obiad w toskańskim, wiejskim domu :)

Lipiec 2011


Początek tygodnia spędziłam sama z dziećmi. Paweł musiał na dwa dni polecieć do Warszawy. Przede wszystkim odwoziliśmy go całą rodziną i spóźniliśmy się na samolot, nie przewidzieliśmy, że między 7.00 a 8.00 rano na 40 kilometrowym odcinku autostrady będą aż trzy wypadki, na szczęście udało się "przebukować" bilet na samolot jedynie godzinę później. Ok 10.30 zostawiliśmy Pawła na bolońskim lotnisku, wsadziłam dzieci do samochodu i ruszyliśmy do domu, dzień zapowiadał się wspaniale, chciałam jeszcze zdążyć na targ w Marradi. Za pierwszym rondem w kierunku autostrady ruch niepokojąco zaczął się zagęszczać. Wjazd na autostradę był pełny, jednak żółwim tempem sunęliśmy do przodu. Kiedy w końcu znaleźliśmy się na autostradzie, okazało się, że ta jest zablokowana na amen,  przez kolejne pół godziny nie przesunęliśmy się nawet o metr, zjechałam na rozbiegówkę i uciekliśmy z autostrady z zamiarem znalezienia normalnej drogi. Nie znam Bolonii, nie wiedziałam gdzie jesteśmy, zaczęłam powoli panikować, patrzyłam zagubionym wzrokiem po mijanych drogowskazach, aby złapać azymut. Żadna z nazw jednak nic mi nie mówiła, kiedy byliśmy już na przedmieściach, zjechałam na stację benzynową i powiedziałam sama do siebie - hej! weź się w garść! Masz GPS, naucz się go używać! - Jak powiedziałam, tak zrobiłam, no cóż - nie taki diabeł straszny. Wyjechanie z Bolonii, przedostanie się przez centrum, zaliczenie kilku objazdów zajęło mi mniej więcej godzinę. Kiedy już byłam na znajomej drodze do Imoli i odetchnęłam z ulgą, wpadliśmy w następny korek. Jakby jeszcze było mało! Teraz już nauczona doświadczeniem, ustawiłam nawigację na inną drogę i ruszyliśmy dalej. W międzyczasie zadzwonił mój mąż meldując się z międzylądowania w Wiedniu. Świetnie, a my byliśmy jeszcze daleko od domu, targ właściwie nam już przepadł, byłam zmęczona. Droga opustoszała, krajobraz nie był już tak płaski, zaczynały się wzgórza Romanii, które dalej ciągnęły się przez prawie całą Toskanię, czułam się już jak w domu. Jedyne co mnie niepokoiło to droga, która coraz bardziej pięła się w górę i robiła się niebezpiecznie wąska. 


Zastanawiałam się - po pierwsze jak wyminę inny samochód jeżeli takowy na tym pustkowiu spotkam, a po drugie jak zjadę z tej góry, bo każdy głupi wie, że wjechać jest łatwiej. Byłam naprawdę wykończona, dzieci również, na szczycie wzgórza zatrzymaliśmy się aby rozprostować kości, widok był bajeczny.
- Mamo patrz jak pięknie! Zróbmy zdjęcia! - krzyczeli chłopcy. A ja nie miałam już nawet siły sięgać po aparat, ale musiałam przyznać, że krajobraz był urzekający, w oddali widać było nawet linię Adriatyku. Pstryknęłam kilka zdjęć i ruszyliśmy dalej. Kiedy sturlałam się już naszą „terenówką” na dobrze znajomą drogę prowadzącą do Marradi odetchnęłam z ulgą.
Zatrzymałam się przed barem, a zegar pokazywał godzinę 13.10. Niezapomniana podróż!
 


Potem na szczęście wszystko już potoczyło się bez przygód, a rodzina naszych gospodarzy nie pierwszy i zapewne nie ostatni już raz miło mnie zaskoczyła, powiedzieć, że traktowali mnie jakbym była cennym klejnotem to mało! Przede wszystkim na noc chcieli koniecznie oddelegować kogoś do mnie na górę, padło na Katię, bo przecież jakby to mógł być mężczyzna. Ostatecznie postawiłam na swoim i noc spędziłam sama z dziećmi, jednak bez cienia jakiegokolwiek lęku, bez najmniejszego dreszczyku. Zapewniałam ich, że tu czuję się naprawdę bezpiecznie, poznałam już hałasy domu i tego miejsca, kogo więc miałabym się obawiać? O wiele bardziej przestraszona jestem w Warszawie, gdy zostaję sama. Poza tym jeśli chcę tu mieszkać, muszę oswoić wszystkie strachy. Po samotnej nocy w górach i leniwym poranku, zjechaliśmy w południe do domu Camuranich. Zaproszenie na taki zwyczajny obiad było dla mnie wyróżnieniem, zawsze kiedy Włosi otwierają przede mną drzwi do swoich domów czuję się wyjątkowo, bardzo jestem wszystkiego ciekawa. Tak więc 19 lipca usiadłam przy dużym stole w kuchni, bo tam jadają codzienne obiady, w otoczeniu prawie samych mężczyzn. Kobiety uwijały się jak w ukropie donosząc na stół kolejne dania. Na początek domowy makaron strozzapreti z kiełbasą i nie wiem czym jeszcze, ale tak dobry, że dzieci zjadły po dokładce ku ogromnej radości Grazielli. Potem peperonata, półmiski z ichniejszymi serami i wędlinami, a ponadto gorące stinco - czyli golonka:) Do tego oczywiście toskański chleb, wino, piwo a na deser kawa i owoce. To była dla mnie prawdziwa lekcja włoskiego! Przy stole siedziało nas chyba 12 osób, przyjaciele, rodzina, pracownicy, znajomy, który był w okolicy, śmiechu było co nie miara, włoski mieszał się z dialektem a ja chłonęłam to wszystkimi zmysłami!  Po skończonym obiedzie nie miałam wcale ochoty wracać do domu, Nello jakby czytał mi w myślach, zaproponował bym została i dotrzymała towarzystwa jego żonie. Poszłam więc z Erminią do letniej kuchni i podczas gdy ona przygotowywała warzywa do wieczornej pizzy, ja jak zaczarowana słuchałam jej trajkotania o wszystkim i o niczym, o dzieciach, o szkole, o ciuchach, o rodzinie. Nim się obejrzałam była godzina 15.00, czas by odszukać dzieci i wrócić do domu. Pożegnałam Erminię i ruszyłam do samochodu, po drodze zatrzymała mnie Graziella i wręczyła kosz dorodnych brzoskwiń, bo własne,  bo słodkie, bo przecież tak chłopcom smakowały!
To było prawdziwie włoskie popołudnie:)


Nello odrywa szczeniaki od mojej cygańskiej sukienki:)

Letnia kuchnia

Graziella

Słówko na dziś - PRANZO - czyli OBIAD

czwartek, 20 grudnia 2012

Mercatino di Natale - foto Stefano Poggiolini

Anioły chodzą po ziemi, tak, tak!! Zdemaskowane wcale się do tego nie przyznają, ale ja dobrze wiem:) I mimo, iż częściej spotykam się z niezrozumieniem, to mam wokół siebie kilka osób które, zawsze w gotowości z dobrym słowem stoją i ciągną za uszy do góry, kiedy wszystko zdaje się walić. Przepełnione ciepłem i troską maile, rozmowy włoskie na chacie i zdjęcia mercatino z mojego miasteczka - to takie miłe akcenty w ostatnich dniach, ale czasem też - tak jak wczoraj - spotykają mnie niespodzianki, od których łza się w oku kręci - dziękuję Pani J vel I:)

 

Chyba to wszystko wprowadziło mnie w lepszy nastrój, bo postanowiłam upiec ciasteczka, a to znak, że mi lżej na duszy. Przepis pochodzi ze starego dodatku do La cucina Italiana. Chciałam Wam pokazać te ciasteczka, które z pewnością znacie z półek delikatesów, niestety kosztują dość sporo, a okazuje się, że ich wykonanie w domu wcale nie jest trudne. W tych przedświątecznych dniach mogą być alternatywą dla tych, co niezbyt lubią się bawić w "piernikowanie". Są pyszne, delikatne, cynamonowo - migdałowe, idealne do kawy czy herbaty. 



Anioł to po włosku ANGELO:) 

środa, 19 grudnia 2012


Uciekam coraz częściej od rzeczywistości, choć wiem że to niemądre, pewnie niedojrzałe. Moje wspomnienia są jak torba z łakociami peerelowskiego dziecka, wyciągam po jednym, powoli, z namaszczeniem, każde jak rarytas, wyjątkowe, trzeba je smakować, delektować się nimi. A są wśród nich wspomnienia szczególne, te mają smak, w tle muzykę, zapach, te są najdroższe. 
Był taki wieczór kiedy jechaliśmy na pierwsze święto wina organizowane przez Francesco wtedy jeszcze nie w Palazzuolo a w Firenzuoli. Początkowo mieliśmy jechać autobusem umówionym na tę okazję, ale w końcu zdecydowaliśmy się na podróż samochodem, aby jednak w pełni poczuć atmosferę tamtego wieczora trzeba posłuchać TEGO.  


Drogi, które wiją się cienką serpentyną po naszych pagórkach są jednymi z najbardziej widowiskowych jakie w życiu widziałam. Wiją się dyskretnie przez dzikie terany, wspinają na szczyty a potem niemożliwymi zakrętami opadają w dół. Kiedy powietrze po upalnym dniu jest maksymalnie nagrzane, linia horyzontu rozmywa się w delikatnej, przydymionej mgiełce. I cisza .... błoga cisza i zieleń, wszechświat... Przystanęliśmy wtedy na jednym z zakrętów, bo żal nam było krajobrazu umykającego za oknem samochodu. Byliśmy w euforii, tacy spokojni, radośni... Jakbyśmy znów mieli po dwadzieścia lat. Lubię oglądać wariackie zdjęcia z tej wycieczki, uśmiecham się do nich, do moich wspomnień najdroższych. 


Do Firenzuoli dotarliśmy jako jedni z pierwszych gości, wybraliśmy sobie stolik w samym środku i natychmiast zaczęliśmy ucztowanie. To tam po raz pierwszy jadłam trippę na zimno, podaną jako sałatkę (trippa to po włosku flaki - typowe danie z tych rejonów, już o tym pisałam). Była wyśmienita! Do tego wina nęcące ze stolików i winiarze, którzy z pasją i w poetycki sposób opowiadali o ich powstawaniu. Przez cały wieczór sączyła się delikatna jazzowa muzyka, bawiliśmy się do północy, jedząc, pijąc, śmiejąc się do utraty tchu, od czasu do czasu zagadywani przez napotkanych znajomych.


Od tamtej pory kiedy słyszę "Again" mam przed oczami przymglone wzgórza, oblane ostatnimi promieniami słońca, samochód, który łagodnie kołysze się na zakrętach, jakby płynął w rytm muzyki i ta radość i spokój, które nam towarzyszyły, nie umiem chyba oddać tego słowami...   


 

wtorek, 18 grudnia 2012


Nie jest łatwo zagłuszyć tęsknotę, nie wychodzi mi to kompletnie. I już nawet boję się o tym pisać, bo im więcej o tym mówię, tym bardziej inni okazują brak zrozumienia, ale siedzieć cicho też nie umiem:( Dlatego przecież powstał ten blog, tylko co mi po nim, skoro za szczerość muszę potem zapłacić ... Błędne koło... Dlaczego tak trudno zrozumieć innych? Dlaczego tak łatwo wydajemy sądy? Czemuż ta moja - nazwijmy to - pasja, częściej odbierana jest jako fanaberia albo szaleństwo, bynajmniej nie w dobrym tego słowa znaczeniu.
Z pozytywnych rzeczy - moje świąteczne paczuszki dotarły do Italii (i nie tylko), zostawiłam cząstkę siebie w każdym wypisanym słowie, w każdym pachnącym pierniczku, w drobiazgach i niespodziankach, mam nadzieję, że choć przez moment wspomną mnie przy stole, że choć w ten sposób będę obecna...

SINCERITÀ to słówko na dziś, to znaczy SZCZEROŚĆ...

poniedziałek, 17 grudnia 2012



A niech szlag trafi ten mój świerk ze szkółki. Sobotni poranek pakujemy się do samochodu i jedziemy po choinkę ... do Piaseczna! - Czemu tam? - pytam Pawła - dalej nie było?? (dla wyjaśnienia - mieszkamy na drugim końcu Warszawy! 
- Chciałaś szkółkę - mówi Paweł - tylko tam znalazłem. 
Dobra niech będzie! Śmiechu chechu ale coraz bliżej nam do Griswoldów:) Docieramy, GPS pokazuje, że to chyba tu. Inaczej wyobrażałam sobie szkółkę, stoi kilka drapaków, te w doniczkach ledwo zipią i mają podejrzany, bardziej słomkowy niż zielony kolor. Nie, nie! Chodzimy, kręcimy się w kółko, większość choinek poupychane w siatkach, to jak ja mam wiedzieć czy mi się jakaś podoba, a sprzedawca wcale nie pali się do tego, by którąś rozpakować i zaprezentować. Nawet ceny nie przemawiają za tym miejscem, dwa razy wyższe niż średnie grochowskie. Poddajemy się, znów wsiadamy do samochodu.
- Widziałam po drodze jeszcze jedno miejsce - mówię - jakiś kilometr wcześniej. Jedziemy więc tym razem w kierunku Warszawy. Są, rzeczywiście, tak jak mi się wydawało! Wysiadamy i w nos uderza mnie od razu choinkowy zapach, muszą być świeże, ponoć każdego dnia ścinają i dowożą, zielone, ładne i dużo ich! Obsługa miła, uczynna, Paweł się rozgląda i mówi - to ja to miejsce znalazłem w internecie, to była właśnie "Azalia". Cudownie, przynajmniej dotarliśmy do celu! Już druga podniesiona ze stosu choinka bardzo nam się podoba, prosimy o obcięcie gałęzi na dole, żeby weszła do stojaka, pakujemy do samochodu i triumfalnie wracamy do domu!
W domu montujemy stojak, przynosimy karton z ozdobami i zaczyna się zabawa! Po zawieszeniu lampek mam wrażenie, że choinka zaczyna się dziwnie przechylać. Próbuję wyregulować stojak, dzieci trzymają choinkę. Tyle o ile, ale dalej nie jest idealnie. Wraca Paweł z włosiem anielskim, choinka już ubrana, ostatni szlif, zdjęcie i jest, można rzec  .... prawie doskonała. Prawie, bo drzewko wciąż uparcie się przechyla. Próbujemy coś podłożyć pod stojak, wydaje się być stabilnie. Wydaje się!!! Dwie godziny później kiedy siedzimy z Pawłem na kanapie, choinka zaczyna się przewracać, łapiemy ją w ostatniej chwili! Tego już za wiele! Okazuje się, że gałęzie nie są dobrze obcięte i choinka nie dotyka dna stojaka, a do tego w środku jest mała gałązka! Zaczyna się operacja obcięcia kilku gałęzi ubranej choinki! Nie polecam, mało wygodne, lepiej zrobić to gdy jest goła! Po tym zabiegu, wszystko powinno być w porządku. Znów obsadzamy drzewko! Stoi! A my wychodzimy do znajomych.


Niedzielny poranek. Idę do salonu, a tam pod naszym drapakiem leżą szmaty, na parkiecie widać zacieki, ślicznie!! Część ozdób leży na stole, w tym rozmoczone pierniczki. Choinka stoi ale jest przekręcona w drugą stronę. Poczekam aż wstanie Paweł i zda mi raport, mogę się jedynie domyślać, że w nocy znów się przewróciła. Chciałam żywe drzewko - to mam!!        

niedziela, 16 grudnia 2012


Faenza, pewnie mało kto wie co to za miasto, bo nie leży absolutnie na szlaku turystycznym, ale na pewno wszyscy wiedzą co to jest fajans. A co ma wspólnego fajans z Faenzą? Już wyjaśniam - od tego właśnie miasta, które we Włoszech już od średniowiecza znane jest z ceramiki wzięły właśnie swą nazwę wyroby ceramiczne. Faenza nie jest spektakularna jak Florencja czy Siena, to jasne! Niemniej warta jest by na chwilę się tu zatrzymać. Ma przyjemne centrum, przy Piazza del Popolo stoją budynki z XII - XV wieku i XV-wieczna katedra. Dwa dni w tygodniu odbywa się tu targ, na którym jak zwykle kupić można wszystko. Ja nie traktuję Faenzy turystycznie, dla mnie to baza wypadowa na większe zakupy, ale robię to zawsze z największą przyjemnością. A kiedy już tu jesteśmy obowiązkowo przystajemy na obiad w naszej ulubionej budce, do której oczywiście pierwszy raz zaprowadził nas Mario. To drewniany baraczek, na uboczu, z dala od centrum, proste ławy, plastikowe sztućce, ale mimo, że wygląda na klasyczny fast food, wszystko tu jet świeże i robione na miejscu. Nie chciałabym nikomu się narazić, ale lepszej bruschetty niż tam, w życiu nie jadłam:)



 Faenza lipiec 2011

W Faenzie jest targ, przycupnęliśmy w gelaterii pod arkadami, na głównym placu. Znów ta poranna muzyka, pobrzękują filiżanki z kawą, szeleszczą gazety. Uwielbiam obserwować włoskie poranki, mają w sobie tyle życia, radości. Wstajemy w końcu od stolika i ruszamy labiryntem straganów i mimo, że kulinarne plany mamy już poczynione, to jednak wszystko nęci i woła - kup mnie, kup mnie!  Sprzedawcy kuszą, podsuwają na pergaminie kawałki sera, świeżej ricotty, plasterki salamino, no i jak być twardym? Wbrew naszym postanowieniom wychodzimy obładowani jak muły.  



Włoski na dziś: FARE  LE  SPESE - ROBIĆ ZAKUPY

sobota, 15 grudnia 2012

 

Jedziemy po choinkę, mam nadzieję, że uda nam się znaleźć szkółkę i przywieźć do domu pachnące drzewko, a nie drapaka spod supermarketu, ściętego miesiąc wcześniej. Tak zawsze robił tata, pamiętam ten zapach, pamiętam ozdoby i zielone pędy, które puszczała choinka, że czasem żal było ją rozbierać. Teraz też chcę takie! Już nas widzę jak Griswoldów w poszukiwaniu choinki idealnej, mam nadzieję, że nie zajmie to nam całego dnia:)




W Marradi choinka też ubrana, jeszcze jej nie widziałam i nie wiem czy na żywo zobaczę, ponoć skromna i nieładna w tym roku, bo jest kryzys i gmina nawet na tym oszczędza, ale dla mnie i tak na pewno byłaby najśliczniejsza, bo toskańska, bo przed moim ulubionym barem i nad moją ulubioną rzeką! Odkopałam w archiwach zdjęcia choinki sprzed dwóch lat, więc foto zamieszczam i tu. Nie jest to na pewno choinka jak przed Rockefeller center, ale dla mnie będzie zawsze wyjątkowa i jeszcze w tle kasztany Franco, w zimowej odsłonie, w szalikach i mikołajowych czapkach.

Jakie może być słówko na dziś? :)) ALBERO  DI  NATALE - czyli CHOINKA

piątek, 14 grudnia 2012

Lamone... 






Przed mostem na rzece Lamone skręcić w lewo.... tak brzmiał opis drogi do gospodarstwa agroturystycznego gdy jechaliśmy na nasze pierwsze włoskie wakacje. Minęło jednak kilka lat, nim naprawdę poznałam najbardziej urokliwe zakola, wodospady, małe kaskady, czy tzw "buchi" (dziury), gdzie można łowić ryby, płycizny, gdzie można spacerować i miejsca piknikowe. Nawet w centrum miasta rzeka pełna jest niespodzianek. Niektóre miejsca z racji swojej niedostępności byłyby niemożliwe do odkrycia bez "przewodnika", czasem trzeba przedzierać się przez chaszcze, pokrzywy albo zsuwać się po kamieniach. O istnieniu pewnych zakątków można dowiedzieć się zimą, kiedy drzewa ogołocone są z liści, nagle okazuje się, że koło drogi, którą przejeżdżamy każdego dnia jest miejsce jak ze starej reklamy timotei. Mamy już swoje ulubione miejsca: na piknik jedziemy w górę rzeki, w stronę Campigno,  na ryby idziemy pod most kolejowy, niemal w centrum miasta, na wiosenny spacer i puszczanie kaczek do miejsca, które przez miejscowych nazwane zostało Miami - uroczo to wymawiają - majeeemi:)
Gdybym tak miała podsumować nasz czas spędzony w Italii, z pewnością okazałoby się, że duża jego część upłynęła nam właśnie nad rzeką, na wędkowaniu, na piknikach, na wiosennych spacerach, na rzucaniu kamyków lub na zwykłym wpatrywaniu się w jej nurt.



Lipiec 2010
Cień przesuwa się wolno po kamieniach tworzących koryto rzeki, a ja przesuwam koc, bo lubię popołudniowe słońce. Od czasu do czasu, gdy wiatr zmienia kierunek czuję jak delikatna mgiełka od wodospadu chłodzi mi skórę. Siedzę zatopiona w rzecznych odgłosach i myślę sobie, że tak samo było tu sto lat temu, może siadywał tu Dino Campana... Czas jakby stał tu w miejscu, tylko rzeka gna na przód...  







Słówko na dziś to FIUME - RZEKA

Drukuj